Jesienne zapiski
                               ~*O pogodzie na poczatek*~

         Trudno uwierzyc, ze juz pazdziernik.   Polowa pazdziernika. Slonecznie i cieplo. Ranki troche chlodne.
                                                Czasem ma sie wrazenie, ze to poczatek wiosny.

                                                                               ***
Mam sporo zaleglosci w pisaniu. Tak jakos sie zlozylo... Matthew mial co prawda tydzien wolnego ale nadgonilismy
  z paroma *pilnymi sprawami* znowu i nadrobilismy zaleglosci w gadaniu ;).  Wybralismy sie na  kilka jesiennych wycieczek, wiecej czasu na homeschooling...i tak uplynal nam ten tydzien... A wracajac do minionych tygodni....







                                    ~*Jesienna Panienka*~

   Czyli o urodzinach Olive slow kilka...Tym razem swietowalismy w mniejszym gronie (acz na swoj sposob wiekszym bo
         wzbogaconym o Merlina ;) ) - w scislym gronie rodzinnym. Babci wypadl wyjazd do Turcji na slub kolezanki.
   Lesley planowala przyjechac ale opiekowala sie przez  week-end dziecmi kolezanki wprawiajac sie do przyszlej roli.          Rodzenstwo jak zwykle stanelo na wysokosci zadania przygotowujac osobiste prezenciki, kartki i niespodzianki.
                        Kazdy mial cos od siebie dla jubilatki. Nawet w imieniu Merlina znalazla sie laurka.

                                                                                 ***
          Najwiekszy zachwyt jubilatki wzbudzil tort urodzinowy.  Nie zeby byl jakis specjalnie piekny czy pyszny...
      Ale  tort w formie zamku byl i to najwazniejsze. Jubilatka piala z zachwytu i ogolnie byla ogromnie wzruszona.
               Pomysl wygrzebalam w galerii potraw na gazecie i ujela mnie przede wszystkim prostota wykonania ;)
      Nie bede ukrywac, ze na dzien dzisiejszy jest to dla mnie kluczowa zaleta albowiem karmienie na zadanie czyli
      elastycznosc wcielona nie daje zbyt wielkiej elastycznosci w innych dziedzinach zycia. Przynajmniej okresowo.
          Dodatkowo ulatwilam sobie zycie zakupujac 2 gotowe biszkopty made in tesco (wiem, wiem) i ozdabiajac je
     zaprawiona barwnikami spozywczymi  (wiem wiem) bita smietana. Niewatpliwym plusem byla szybkosc wykonania.
          Minusem - watpliwe walory smakowe i odzywcze takiego tortu. Niemniej jednak rodzenstwo zaangazowane
                     przy ozdabianiu tegoz tortu specjalnie nie podzielalo moich rozterek (Ella moze troche).
   Zdecydowanie zachwycone  perspektywa budowy zamku i wyobrazajace sobie jaka  to jubilatka bedzie zaskoczona
i zachwycona. Oczywiscie mialy swieta racje o czym juz wspomnialam. Oczywiscie ja tez mialam racje....podejrzewajac, ze nie wyjdzie nam to na zdrowie i powtorzy sie tradycyjny juz scenariusz: kupa chemii i cukru plus zawirowania aury i..
                  ,,,zbiorowe smarkanie. Na szczescie nie bylo stragicznie. jedni smarkali dzien, inni dni kilka...
    Merlin niestety tez cos zlapal ale skonczylo sie jedynie na sporadycznym pokaslywaniu z przejeciem i przytkanym
           nochalku, ktory sie po kilku dniach odetkal. Niemniej jednak na nowo obiecalam sobie, ze nigdy wiecej...
       Matt, tez pociagajacy nieco nosem, zaplanowal na nastepny raz usypanie ciasta-kopca z samych `zdrowosci`
  Niestety, zoladek miewa krotka pamiec...a wlasciwie to  serce...pragnienie sprawienia dziecku radosci...ah, ten blysk  
  zachwytu w oczach. W zwiazku z tym nie zaklinam sie. Tylko zdecydowanie juz kupie zdrowsza wersje materialu na
    zamek, statek czy tez inne `spelnienie marzen`. W kawiarence Railway Station farm u nas na wsi maja przepyszne
   wlasne wypieki, ktore sprzedaja i na wynos wiec jesli sama nie zdaze upiec...nie wiem co mnie podkusilo z ta victoria
sponge z tesco :/  No musze cos madrego wydumac, bo, zwazywszy, ze u nas urodziny wypadaja srednio raz w miesiacu
               przez pol   roku, w nastepnej polowie inne okazje.... to bedziemy tak smarkac przez 365 dni w roku










                               ~*Jesien w Sissinghurst*~

  Ostatnia nasza wizyta wiosna w ogrodach nie byla zbyt udana bo w wiekszosci lalo, Archie nie mial humoru i ogolnie
tak jakos. Postanowilismy wiec wybrac sie na krotki piknik teraz. Matthew mial wtorek wolny i akurat cos nam wypadlo
    do zalatwienia w Asford wiec postanowilismy polaczyc przyjemne z pozytecznym. Odpadlo mi przygotowywanie
  lunch`u  bo niewiele tez w domu mielismy i lodowka i spizarnia az sie prosily o zakupy. W drodze przez Tenterden
    wstapilismy do Waitrose. Jednak nie ma to jak spontaniczny piknik. Jeszcze cieple buleczki z szynka wedzona
  z drzewem orzecha laskowego czy jakos tak,  pasztet, liscie salaty, pomidory...na deser owoce i chleb rodzynkowo-
  cynamonowy mniam mniam. Po przyjezdzie wszyscy byli oczywiscie glodni wiec prosto z parkingu pomaszerowalismy
        na pole piknikowe. Posilone towarzystwo (Merlin tez dotankowal)  wyruszylo  radosnie w strone ogrodow.
                             Odebralismy bilety  i przy okazji  spieklam raka bo na pytanie ile nas jest,
                               odpowiedzialam - `siedmioro` zapominajac o najmlodszym osesku UPS!
Przy bramie wejsciowej okazalo sie, ze nie mozemy raczej wejsc z wozkiem. `Raczej` bo mila starsza pani poradzila nam bysmy zapytali w recepcji czy nie zrobia wyjatku ze wzgledu na wiek oseska -`brand new` jak to ladnie okreslila,
ale poniewaz mielismy nosidlo ze soba, postanowilismy zapakowac dziecie do niego a mila starsza pani zadeklarowala
   sie zaopiekowac wozkiem.  Przechadzka po ogrodach tym razem byla zdecydowanie atrakcyjniejsza. Dzieki pieknej
pogodzie ale tez i dzieki  materialom dla dzieci - Trusty the Hedgehog .  Czas minal szybko i ciekawie na poszukiwaniu
roznego rodzaju kup, lisci, robactwa, rozwiazywaniu zagadek i rebusow przyrodniczo-historyczno-architektonicznych
  Na koniec odebralismy wozek i wybralismy sie jeszcze na spacer w kierunku jezior, a, poniewaz Merlin dopominal sie
   swojego podwieczorku, zatrzymalismy sie pod wiekowym debem przy drodze, obok owczego pastwiska i spozylismy
polskie kabanosy z rosyjskim chlebem poprawiajac bananami i jerzynami zebranymi przy drodze. Obladowani zoledziami
     ruszylismy dalej. Jeziora widzielismy poraz pierwszy bo przy poprzedniej wizycie zabraklo nam czasu, ochoty
i odpowiedniego ekwipunku (kaloszy). W drodze powrotnej Merlin zaczal sie buntowac wiec Matthew zabral go do busa
         a pozostala piatka traperow poszla odebrac swoje odznaki Trusty the Hedgehog. Bardzo udana wyprawa










                             ~*Plyty, ksiazki i porzadki*~

Wstawilismy nowe szafki w  sypialni Glorii i Elli - wiklinowe szuflady - mnostwo upragnionego miejsca na skarby.
W zwiazku z tym przemeblowaniem zwolnila sie biblioteczka, ktora natychmiast zaadoptowalam sobie bo znowu uzbieral sie stos ksiazek, ktorych nie bylo gdzie wstawic. Gdy sie tu wprowadzalismy rok temu, ksiazki mialy byc tylko w pokoju rodzinnym i w pokoju zabaw. Teraz sa w w/w, oraz w sypialniach dzieci,  w naszej sypialni, w biblioteczce w garazu... do tego plyty. kasety wideo i audio, ktorych uzbieralo sie tez od licha. Jesli `za chwile` nie zrobie remanentu to do wiosny utoniemy. Poki co, biblioteczka z pokoju dzieci rozwiazuje dylemat ale obawiam sie, ze tylko chwilowo. Aha, jest jeszcze ta oszklona `jakby_gablota` na durnostojki, ktora z przyjemnoscia przerobie na biblioteczke jesli potrzeba przycisnie. Nie wiem tylko czy te szklane polki wytrzymaja.

                                                                             ***

                                             Znalazlam na boot fair piekny album o Polsce. 
   Za jedyne 20 pensow! Pieknie wydany, po angielsku.  Zawsze taki chcialam :) Ella wyciagnela go dzis rano.
        Z przejeciem ogladaly z Lily zdjecia wypytujac o  Tatry, o Dunajec, o Wawel, gdanskiego zurawia...
                                                     chlip, chlip...wzruszylam sie nooo....
                         Zaskoczyly mnie pytaniami o to jakie swieta obchodzi sie w Polsce jesienia.
                Czy tez jest Halloween...pozniej o swieto zmarlych i jak wygladaja polskie cmentarze.
              Historie o krolach i krolowych, kto to jest *swiety* i jak Biskupin na nowo zbudowano :)
   Sprawy, tematy, ktore mi sie wydaja tak oczywiste i codzienne, dla nich sa tak niesamowite, wrecz egzotyczne.
                                        Np swieto zmarlych, chryzantemy i znicze na grobach.


                                                                             ***                

               W zwiazku z tymi polskimi wspominkami odwiedzilam znowu moje ulubione nostalgiczne strony.
    Leksykon PRL, Kabaret Elita, Strona kultowa i stare katy czyli wszystkie kutnowskie strony ...eh...lza sie w oku...








                             ~*zamek i plaza w Walmer*~
                                                            
              Zwykle jezdzimy na plaze w Deal. Tak pospacerowac bo plaza kamienista, ale widoki piekne.
                                                Tym razem pojechalismy dalej. Do Walmer.
              Matthew czesto tam zabieral dzieci i psy na spacer gdy ja mialam cos do zalatwienia w Deal.
        Cicho i przyjemnie. Bardzo ladne miejsce na rodzinny spacer i spozycie fish&chips przy szumie fal :)


                                ~* koty nowe podworkowe *~

   Przytrafily nam sie gryzonie. Brutalnie mowiac szczury! Na szczescie nie w domu ;-P W ogrodzie laza. Podobno.
  Tak Matthew twierdzi. Cos nam worki ze smieciami atakowalo i pare innych sladow. Pulapki rozne zmyslne, klatki, przylepce...na nic...robily podkop pod pulapka i od spodu wyzeraly przynete. Czyli tym bardziej wyglada na szczury.
Bo zmyslne sa paskudy. Niestety wychodzi chyba brak kota terenowego. Po ostatnich perypetiach z Pieprzem-lazega przynoszacym nam to `niewiadomoco` swedzace jakies (na szczescie chyba na pewno nie swierzb ale kto tam wie do konca-ja dalej mam schize swierzbowa i wesze)wszystkie koty uczynilismy domowymi. Moze dlatego w ogrodzie szczurze mordy zaczely rzadzic. A jeszcze sasiad lake zaoral i cale lakowe towarzystwo zrobilo sie bezdomne.
Zglodniale, zziebniete. Kroliki masowo wprowadzily juz nam sie do ogrodu. Krolik jak krolik...mily i nie wadzi, troche trawki podezre.....ale te ogoniaste paskudy....w zwiazku z powyzszym pojawia sie zapotrzebowanie na instytucje kota wloczykija. 100% podworkowca. Czy stodolowca jak go fachowo okreslaja. Barn mauser jako przeciwienstwo lap cat.
Zamiescilismy ogloszenie. Zero odzewu. Az trafilam na adres schroniska jednego. Koty z przeszloscia, koty stesknione... KOTY myszolowy. 3 groznie wygladajace gadziny ;-) Oj, juz mi  zal tych szczurow ;-P Jestesmy po inspekcji.  
5-gwiazdkowa  szopa z wybiegiem czekaja.  W tym tygodniu maja zostac wysterylizowane, zaszczepione i do dziela chlopaki!!  Gdy wszystkie srodki zawodza, w naturze jedyna nadzieja.....;-PPP




                             ~* Folkestone-plac zabaw szalowy *~
                                                             
                                   Wybralismy sie na nasz ulubiony plac zabaw na klifach w Folkestone.
                                           Dziatwa co prawda obstawala przy Wingham Wildlife Park.
              Zwlaszcza, ze odswiezyli sobie wspomnienia ogladajac stare nagranie na video z ostatniej wizyty tam.
                  Jednak dali sobie wytlumaczyc, ze o tej porze roku nie wszystkie zwierzaki dadza sie zobaczyc
                                              i w zwiazku z tym lepiej odlozyc te wyprawe do wiosny.
                              A ze mielismy cos do zalatwienia w okolicy Folkestone to stanelo na placu zabaw,
                 ktory, jak zwykle dostarczyl mnostwa rozrywek. Archie po prostu oniemial z wrazenia. zwlaszcza,
                ze ostatni raz bylismy tam gdy mial pare miesiecy wiec tak naprawde to byl pierwszy raz dla niego.
                                    Szaleli do zmierzchu i juz bylo ciemno gdy wracalismy plaza do parkingu.
                         Po powrocie bylismy wszyscy kompletnie padnieci. Morskie powietrze nas uspilo na stojaco.


                            ~* Jack-o-lantern czyli nasze dynie *~
    

Halloween wpisalo sie w nasza tradycje domowa. Nie do konca w takiej formie w jakiej sie je swietuje wspolczesnie,
ale dzieci  wycinaja dynie, przygotowujemy jesienne dekoracje, przebieraja sie, uwielbiaja halloween`owe gry i zabawy, pieczone z gozdzikami i cynamonem jablka i flapjack`i ( to nasz osobisty wklad w tradycje ;-) ), quiz wiedzy
o halloween w ktorym rzecz jasna z roku na rok coraz lepiej wypadaja ;)















     Przy okazji  wyboru dyn zglebilismy rowniez wiedze na temat licznych gatunkow dyn. Oto dynia cebulowa

















                                                               Ciekawe dlaczego cebulowa ?? ;-)


                                                                   A tu nasze slodkie dynie :)



                                     ~* Listopadowe swieto*~

Zawsze ten dzien nastraja mnie nostalgicznie i to jedna z tych chwil, w ktorych chcialabym byc w Polsce. Zdaje sobie sprawe, ze moze od `moich czasow` to swieto juz zdazylo sie zmienic, skomercjalizowac... ale jednak zawsze mi sie marzy by pokazac je choc raz mojej rodzinie, dzieciom. W tym roku, poniewaz wyszedl od nich temat swieta zmarlych,
mialam pomysl poproszenia rodziny o zrobienie paru zdjec  grobow bliskich w tym dniu wlasnie i przeslanie nam ich mailem, ale nie wyszlo niestety. Moze w przyszlym roku..


                                     ~* Jada goscie, jada *~

    No jestem nawiedzona :/.  Na jutro zapowiedzieli sie  nam goscie `przejazdem`. L&M  w drodze do Tenterden.
Maja wpasc na herbate a ja `po polsku` tak latam jak ten przyslowiowy kot  z pecherzem  zeby miec wszystko na ostatni guzik dopiete :/. No normalnie kopnelabym sie tak porzadnie w cztery litery zeby mi ten glupi nawyk minal bo i tak jestem w proszku ostatnio. Wszystko notorycznie lezy i kwiczy a jedzenia do tej `herbaty` przygotowuje dla calej armii... stawiajac rodzine na bacznosc przy okazji ;) Zachcialo mi sie buleczek do kielbasek na podwieczorek , a oni dotrzymali slowa, ze `tylko na herbate`  bo na kolacje sa umowieni u rodzicow M i moich "wypoconych" ;-P buleczek
nikt nie jadl.
            Przynajmniej na podwieczorek bo po odjezdzie gosci na kolacje poszly...jak swieze buleczki poszly ;-)

                                                                  ***********************
       Oj naprawde, wkurza mnie coraz bardziej ta zakorzeniona we mnie polska goscinnosc. I szlag mnie trafia,
  ze nie potrafie sie od niej uwolnic. I normalnie, po ludzku (czy po angielsku) wyluzowac i na tym luzie cieszyc
sie takim spotkaniem zamiast stresowac. Siebie i kogo popadnie po drodze. Wrrrrrrrrrr. Leczenie mi chyba potrzebne.
A do Sw Mikolaja mam zyczenie by wraz z brytyjskim paszportem skapnelo mi troche pod choinke tej angielskiej flegmy                                                                                          ;-P


                                      ~* Znowu czystka *~

....garazystka. Zaczyna to byc rytualnym obrzadkiem w naszym domu. Bardzo pozadany bo przy tej ilosci ludzi i rzeczy
  latwo sie zagracic w blyskawicznym tempie. Na freecycle  poszlo pare rzeczy i zrobilo sie luzniej.
Mierzi mnie jeszcze ogromnie ta kanapa w salonie, ale musimy najpierw nowa kupic zeby tej starowinki wysmarowanej
                                                              i wysluzonej sie pozbyc.




                                         ~* Fajerwerki *~


    Dzis wieczor Gay`a Fawk`a. To typowo brytyjska tradycja.  Troche malo dla mnie zrozumiala bo obchodzona na
     pamiatke stracenia stracenia irlandzkiego zamachowca probujacego wypuscic w powietrze budynek parlamentu.
    Swieto w swoim wydzwieku troche kojarzace mi sie z rocznica rewolucji francuskiej. Fajerwerki jak fajerwerki
                    ale zawsze z mieszanymi uczuciami obserwuje wrzucanie na stos kukly imitujacej skazanca.
      Mysle jednak, ze jest to taka odskocznia od jesiennej szarosci i kolejna okazja do spotkan towarzyskich.
             W tym przypadku przy ogromnym ognisku rozpalanym czesto w jakims centralnym punkcie we wsi.
                        W tym roku bedzie obchodzona 500na rocznica wiec wydarzenie wiekszego kalibru.
  Planowalismy, jak 2 lata temu pojechac na ognisko do Bidenden, ktore wspolorganizuje jedna z kolezanek tesciowej.
                      Ogromne ognisko ktore dzieci zachwycilo, wiele atrakcji i wspanialy pokaz fajerwerkow
      W koncu jednak zdecydowalismy zostac w domu ze wzgledu ze wzgledu na przydluga podroz i ew trudnosci
                                                         w nakarmieniu malucha wsrod  tego tlumu




                                ~* Porazka kulinarno-patriotyczna *~

  Matt zafascynowany seria River Cottage i Bushcraft, ktore sobie misternie nagrywa opowiadal mi z pasja o kolejnych przedsiewzieciach Hugh czyli o produkcji podrobow wszelakich. Ha, mowie malo zachwycona, `a moja mama to np galarete z nozek robila, albo pamietasz te zupe z krowiego zoladka co ja w mekach spozywales?`
No i tak mnie naszlo z sentymentu. Matt sie tez nakrecil. Przy kolejnej wizycie u wiejskiego rzeznika postanowilismy zapytac o niezbedny material do wyrobu przysmakow podrobowych :) I poszlam w zeszlym tygodniu I pytam czy  nie
mozna u nich takich roznych nietypowych rzeczy zamowic. A mozna, mozna, jasne, ze mozna. Zebym wyslala maila co potrzebne to odloza. A tymczasem to z nietypowych maja tylko swinskie kopytka :D
Geba mi sie rozesmiala. Po pierwsze to dla rodziny bylo kuriozum bo poraz pierwszy takie kopytko w oderwaniu od swini zobacza. Po drugie jest stosowny material podrobowy ;) Nastepnego dnia kopytka ugotowalam, pokroilam, przyprawilam.. odstawilam do lodowki...nastepnie degustacja....i porazka! Gloria uciekla z wrzaskiem, ze `zarcie dla psow`.
Ze niby takie z puszki, w galarecie ;). Reszta patrzyla podejrzliwie zaciskajac przy tym mocno usta i, zamiast rumiencow, zielonosc wystapila na twarze ;-) Nawet Olive i Archie, ktorzy sa wszystkozerni, zaczeli sie pod roznymi pretekstami ewakuowac z zadzumionej kuchni zostawiajac mnie tam z garem galarety z nozek.
Z funem River Cottage wlacznie Haha, jajecznica na byczym przyrodzeniu- juz to widze! ;) Zdrajcy kulinarni!!.
Czuje sie gastronomicznie wyobcowana. Jeszcze tego pozaluja. W nastepnej kolejnosci flaczki! Zawekuje (Iza, dzieki za podpowiedz) i zostawie na chwile ostrych atakow nostalgii kulinarnej. ;-P



                                    ~* Zawirowania rozne *~
czyli jak  probuje wszystko naraz robic .... konca tego ogona jakos nie widac. Ciasto na pierniczki na ostatnia chwile..
I to tez na raty. Ale za to cale wiaderko ;-P Oczywiscie musialam troche upiec bo wszystkim zylka by pekla (mi tez ;-) ) Przy okazji wyprobowujac nowe silikony po ktore pare dni wczesniej pojechalismy specjalnie do Lidl`a bo rzucili ;)
Jak za dawnych, kryzysowych czasow niemal. W miedzyczasie zrobilo sie zimno i po przegladzie zimowej garderoby wyszlo, ze Olive nie ma porzadnej, cieplej kapoty. Znaczy ma, ale jakas taka przykrotka nagle. Dziecko widac w gore ostatnio skoczylo. Reszta potrzenuje czapek (fakt, ze przy tutejszej pogodzie i chlodnym chowie to raczej akcesoria
ozdobne, ale zima ma byc sroga ;) w tym roku, Gloria nie ma przy kurtce kaptura....Archie potrzebuje butow. Gloria tez.
A reszta tak przy okazji bo za moment ze swoich wyrosna i nie warto dwa razy sie wyprawiac.
No to jazda znowu. Znalazlezlismy w H&M calkiem przyjemna kurtke.  Olive byla zachwycona. Arcesoria zimowe tez tam
wiec wszystko za jednym zamachem. Buty w sklepie obok dla wszystkich sie znalazly wiec odpadalo bieganie.
Uwielbiam centra handlowe! gdzie wszystko jest na miejscu i w dodatku parking duzy. Nie trzeba sie w tlumie przeciskac. Szczegolnie o 18tej w dzien powszedni gdy nikt sie speclajnie na zakupy nie pcha.
Zapowiadali snieg wiec wielka ekscytacja, mysle `trzeba sanki kupic` po drodze.

Zebralo mi sie tez na `tfurcza` robote wiec wieczorem rozkladamy manele. Merlin nakarmiony, Matt sie nim zajal... Helas! Godzina minela a my dalej w  proszku. Ten nie ma nozyczek i sie awanturuje, tamta zginela pod papierami,
tej zginelo to co zrobila, tamta nie ma pomyslu i czeka na olsnienie, temu ktos pocial to co sobie upatrzyl do
nalepienia na kartke. Klej nie taki, papier nie w tym kolorze.... Po 2 wysoce produktywnych godzinach i  sprzataniu po lebkach, oddelegowalam spelniona artystycznie trzodke do lazienki w nadziei, ze uda mi sie splodzic chociaz pare kartek
i zrelaksowac sie po tym wariactwie.
W miedzyczasie jednak Merlin sie wyspal i znowu zdazyl zglodniec.
Karmiac go wypilam przyzimna herbate. Matt chcial mi druga zrobic ale taka szybciej sie pije ;)
I...przegadalismy do polnocy. I tak dalej jestem bez kartek ( nie liczac tych 10 zrobionych przez  dzieci) ale przenioslam caly balagan do sypialni w nadziei, ze tak zostawie rozlozone i wieczorami....

Wczoraj wywloklam wszystkich po papier kartkowy `do takiego mojego ulubionego sklepiku`, ktory,  niestety,
miesci sie az w outletach w Ashford czyli kawalek drogi od nas. Ale jest super bo za pare funtow mozna wypelnic
sobie spore podelko papierem w formacie A4 lub A5 w dowolnych  kolorach, fakturach..cudo!!
Ja w takich sklepach sie czuje jak typowe kobiety w odziezowych czy innych babskich.

Ostatnio tam bylam 1,5 roku temu i zostalo mi jeszcze ponad pol podelka ale nie w swiatecznych kolorach niestety.

No i zdazylam przez zapowiadana sniezyca, ktorej kurcze nadal nie ma!! A dzieci czekaja i czekaja.....
Moze wreszcie spadnie. Wysle je na pol dnia na sanki a sama bede robic kartki  w spokoju ;-P I  moze w koncu uda mi sie wyprodukowac te kalendarze, ktore sobie na prezenty swiateczne wymyslilam. To osobny rozdzial...nie podobaja mi sie te robione na zamowienie. Bach! zdjecie, bach! miesiac i jest kalendarzyk. 15 funtow i do widzenia.:/ Zero polotu
Mam dobry program w photoexpress i ciekawie to wychodzi wiec chcialam wydrukowac sama. Znalazlam nawet caly zestaw na e-bay`y z podziurkowanym papierem i ta spirala do polaczenia. Ale mi drukarka robote partaczy.
Znaczy partaczyla do wczoraj. Po  modyfikacji ustawien i zakupieniu papieru Epson`a, wychodzi rewelacyjnie wiec moze jednak zamowie ten zestaw i sama wydrukuje. Nawet mini-sesje zdjeciowa zrobilam zeby miec
materialy z uwzglednieniem najmlodszego oseska.
Zamowilam tez zdjecia zeby bylo co do kartek dolaczyc bo zwykle pozniej przed swietami w brode sobie pluje
Do tego dzieciowe albumy musze w koncu uzupelnic.
2 dni temu przyszly i powiem jedno...cyfrowki sa  rewelacyjnym wynalazkiem ale papierowe zdjecia...no fajnie je
miec czasem po prostu :) Nawet wywolujac raz na rok hurtowo.
No licze na ten snieg w nadziei, ze mi dzieci troche a tu guzik niestety.
gagatki male, zaprosily juz sobie gosci na Wigilie na swoje przedstawienie jaselkowe. A ja mam wszystkim krolom i pasterzom odzienia poszyc i z tym oczywiscie tez jestem w lesie!!!
Planuje zakupienie paru sztuk przynajmniej, ale zawzielam sie, ze chociaz pasterzy i owce obszyje

A propos jaselek... w poszukiwaniu scenariusza trafilam na taki oto:
Scenografia i tlo muzyczne tez oczywiscie w proszku.
Poza akompaniamentem do Twinkle, twinkle  w wykonaniu  Olive opanowanym do perfekcji .

                                       Czuje, ze terminarz zaczyna mi sie stopniowo wysuwac spod kontroli
             Jedna rzecz sobie uporzadkowalam-rozklad dnia, znaczy codzienne sprawy. Co kto rano robi itd....
                 Wydrukowalam, przywiesilam, kazdy ma przed nosem i jakos sie kreci, odpukac, calkiem niezle.
           Nie jestem juz  przynajmniej wrednym katem, ktory depcze po pietach przypominajac biednym dzieciom
                                                               po kolei co maja do zrobienia ;)
                                         Grafik za mnie odwala czarna robote  a ja jestem ta dobra ;-)
Natomiast dalam plame jesli chodzi o terminy i spotkania. Wstyd sie przyznac ale KOMPLETNIE zapomnialam ze
zapowiedziala sie  Health Visitor do Merlina Pragnaca przedyskutowac temat wprowadzania pokarmow stalych
Scisle mowiac,  zapomnialam te wizyte odwolac, wychodzac nieskromnie z zalozenia, ze co jak co, ale
tego typu tematy to mam juz ciut oklepane.... Ale jakos dziwnie wydawalo mi sie, ze ona w polowie grudnia ma przyjsc (pomerdalo mi sie z badaniem wzroku Archie`nowym) i terminem cytologii poniedzialkowym.
No wiec HV przybyla i weszla nam w polowie domowej wersji Mastermind ;-P Na moje zmieszanie reagujac sama zmieszaniem i upewniajac sie, czy aby na pewno sie nie pomylila. nie pomylila sie oczywiscie. Mea culpa. Szkoda gadac.
Przysiadla na chwile, po czym, zobaczywszy ze to nie pierwsze moje dziecko przechodzace na papki, stwierdzila, ze zostawi mi ulotke i przystapi do odwrotu bo w tym temacie nic sie specjalnie w ostatniej 10latce nie pozmienialo.
No i Merliniasty piersiowy wiec czas ma jeszcze na wprowadzenie do papek.



                                    ~* Przemeblowania *~
Nasza stara sofa i fotele dopelnily w koncu zywota. Sofa jak sofa ale na fotele naprawde nie dalo sie juz patrzec. Poczatkowo planowalismy dokupic tylko mniejsza, 2 osobowa kanape w podobnej tonacji i pozbyc sie foteli ale w koncu postanowilismy, ze przyszla kryska...Szkoda jednak bylo staruszki, wysluzonej ale przeciez jeszcze uzytecznej wiec wystawilismy ja na freecycle i sie nowi wlasciciele zglosili. Chetnych bylo nawet wiecej. I tak nasza kanapa dostala drugie zycie wiec nie zasili, poki co, smietnika, choc wszystko na to wskazywalo.








               ....  i chyba pora na rozdzial zimowy bo kalendarzowa zima zbliza sie wielkimi krokami.





Copyright 20005-2007
    The Sawl Tribe
          U Mamy
Credits: Dynamic Driver / Graphic Garden /