Tak mi chodzi po glowie juz od dluzszego czasu by uchwycic kilka roznych takich chwil
Tym razem w jezyku rodzimym dla ulatwienia sobie zycia :)
Spotkanie z wiosna na `deszczowej wyspie` ma miejsce bardzo wczesnie. Wlasciwie
trudno dostrzec to przejscie bo dopiero co spadaja liscie a juz zaczynaja kwitnac
pierwiosnki. Jednak tak naprawde to chyba w okolicy stycznia pojawiaja sie masowo paki na drzewach , zieleni sie trawa i kwitna przebisniegi. Cale mnostwo.
Wtedy czlowiek czuje, ze wiosna juz tuz tuz i nic nie jest w stanie tej wiary zachwiac. Nawet spozniony atak zimy na poczatku marca.
Dzieci, ktore tuz po gwiazdce zaczely wypatrywac wiosny (acz nieco rozczarowane,
ze swieta bez sniegu) po takim spotkaniu z polem przebisniegow pewnego, slonecznego, styczniowego popoludnia, utwierdzily sie w przekonaniu, ze wiosna juz blisko
Lutowy nawrot zimy wzbudzil nieco mieszane uczucia. Czy to znowu swieta? (wszak snieg = swieta ;) ) i czy nie pora na kolejny list do Mikolaja...Jednak zima trwala akurat tyle ile trzeba - w sam raz by sie nia nacieszyc. Ulepic prawdziwego balwana
i stoczyc bitwe na sniezki. Poczuc nieznane dotad szczypanie mrozu w nos i uszy.
Po niecalych 2 tygodniach takiej odmiany wszyscy z ulga na nowo powitalismy slonce
Zapomniane juz nieco uczucie tej rozpierajacej radosci, energii, bieganie na bosaka po trawie i smak buleczek z serem podczas pierwszego wiosennego teddy bears picnic w ogrodzie. Znowu mozna zostawic otwarte na oscierz drzwi, jesc obiad w ogrodzie, grzebac sie w pachnacej wiosna ziemii i obserwowac wychylajace sie ku sloncu coraz to nowe kielki-niespodzianki z ktorych lada dzien uwolni sie zapach hiacyntow, tulipanow...
Stada mlodych zajaczkow na lace za plotem. Trzymajacych sie nieco na dystans od mlodego lisa acz niespecjalnie przejetych jego obecnoscia. Mlode, rozkrzyczane bazanty, czaple nad rzeczka i ta soczysta zielen trawy i mlodych listkow na wierzbie.
Moje pierwsze krokusy i hiacynty wlasnie dokonczyly zywota jako wyraz dzieciecej milosci. `Mamusiu, to dla Ciebie. Oczywiscie nikt nie moze byc gorszy wiec w koncu krokusow zabraklo. W nastepnej kolejnosci byly stokrotki , forsycje i kilka innych kwitnacych krzewow - szczegolnie cudnie pachnacy - laurowy.
Dzieci wstaja bladym switem i jeszcze przed sniadaniem szaleja w ogrodku.
Pozniej pochlaniaja niepojete ilosci platkow z mlekiem. Zalety porannego, rzeskiego
powietrza. Uwielbiam sie im przypatrywac gdy tak z rumiencami na buziach wsuwaja
kolejna dokladke, ktora za chwile spala znowu podczas `wyscigow konnych`
czy pogoni za zwariowanym psiakiem.
Niejadek i wiejskie klimaty to chyba rzadkie zestawienie.
Pozniej karmia zwierzaki, ktorym tez apetyt dopisuje ;) i znowu szalenstwo w plenerze.
Pora na wiosenne porzadki. Roze ktore posadzilismy na jesieni przyjely sie pieknie i puszczaja mlode pedy. Musze chyba przeszadzic cebulki hiacyntow i zonkili bo trawa
prosi sie o koszenie a w ferworze ich sadzenia w styczniu zapomnielismy o takich
szczegolach jak manewrowanie kosiarka pomiedzy urokliwym kwieciem.
Ziola w doniczkach tez sie zazielenily. Nawet te, ktore w zimie uschly mi na parapecie i w desperacji przesadzilam je na zewnarz liczac chyba na cud. A jednak cud sie zdarzyl.
Tymianek i oregano odzyly na nowo. Chyba im lepiej w sloncu niz na kuchennym parapecie.
Instynkt gniazda -odslona pietrwsza
Alez mnie wzielo. Caly dom wypucowany. Wlacznie ze schowkami. Schowki przede
wszystkim bo przy okazji wyciagnelam wszystkie dzieciece ubranka. Posegregowalam
poraz nie wiem ktory i przygotowalam do prania. Cala piatka dzielnie mi towarzyszyla
przejeta faktem, ze to dla `baby`i nie mogac sie nadziwic, ze sami kiedys zdolali sie w
to wcisnac. Dla mnie to tez abstrakcja :) . Rozczulilam sie ogromnie. Szczegolnie
przegladajac te pierwsze ubranka w ktorych przywiezlismy Glorie ze szpitala.
Eh, kiedy to bylo. Nasze pierworodne malenstwo, ktore tak cierpliwie uczylo nas
rodzicielstwa i znosilo wszystkie eksperymenty wlasnie skonczylo 8 lat!!!
Kazde urodziny rozklejaja mnie troche, ale te jakos szczegolnie.
Hormony czy uroki zaawansowanego (wiekiem w kazdym razie) macierzystwa?
Wielkanocne przedsiewziecia
Tesciowa spedzi z nami swieta. Bardzo mnie to cieszy bo jej obecnosc jakos podkresli atmosfere swiateczna. 3 pokoleniowe swieta. Dzieci nie moga sie doczekac. Zastanawiam sie nad menu swiatecznym. Na pewno bialy barszcz na sniadanie . Na domowym zakwasie.
Do niego biala kielbasa - zamowiona czosnkowa. Na pobliskiej farmie. Juz mi pachnie :)
Matthew wybawil mnie z klopotu deklarujac przygotowanie obiadu. Bedzie po angielsku.
Szynka na slodko- z morelami, pieczone mlode ziemniaki i fasolka z orzechami
Ja biore na siebie ciasto. Babe jakas najpewniej i czekoladowe gniazda.
Jaja czesciowo pomalowane a czesciowo ugotowane w cebuli i wyskrobane.
Oczywiscie nie obylo sie bez ofiar. Szczesliwie tylko wsrod jajek.
Pogoda swiateczna taka sobie. W zwiazku z czym poszukiwanie jaj od zajaca
odbylo sie w czterech scianach zamiast w ogrodzie jak zwykle.
Zajac okazal sie bardzo chojny. Jednak znaczna czesc jego darow zostala
skonfiskowana ze wzgledu na pierwsze oznaki pociagania nosem wsrod dziatwy.
Mam nadzieje, ze wytrzymaja choc do jutra (rodzinne wyjscie do teatru na
"Banany w Pizamach"
Wytrzymali!!! Chinski specyfik chyba znowu zadzialal.
`Banany` okazaly sie byc powtorka sprzed 2 lat reklamowana jako `newest show`
Dzieci znacznie szybciej niz my zorientowaly sie co jest grane ale i tak byly zachwycone
Najbardziej jednak faktem, ze ukochana babcia podrozowala z nami w busie.
Zaospione towarzystwo
No i mam czego chcialam. Dlugo wyczekiwana ospa wreszcie u nas zawitala.
Ciekawe czy w teatrze zlapalismy ? Na pierwszy rzut poszli Ella i Archie. Wysypalo ich
dosc skromnie. Ella troche trudniej to znosila narzekajac od czasu do czasu
na swedzenie ale pomagal krem doraznie i gencjan fiolet-rewelacja moim zdaniem.
Archie dorobil sie tylko paru krostek i szalal jak zwykle. Kryzys przyszedl ok 3go dnia, ale, jak sie pozniej okazalo, nie mial nic wspolnego z ospa, choc wtedy nie bylo to dla mnie takie oczywiste. Zaczely sie wymioty. Mega wymioty. Najpierw Ella. Wymeczylo ja okrutnie. Nic sie nie chcialo utrzymac w zoladku. Dopiero wieczorem, po przespaniu polowy dnia poczula sie lepiej i wypita odrobina odgazowanej coli nie pozwolila sie ewakuowac. Od tego momentu bylo juz OK . Przynajmniej z plynami.
O swicie Archie symultanicznie z Ollie. I tak do rana. Dobrze, ze Matthew mial wolne
i jakos sie uzupelnialismy. Pol dnia biegania z micha. W koncu zaniepokojona tymi nietypowymi objawami zaczelam szperac w sieci. I doszperalam sie 2 sprzecznych wersji.
Jedna mowila, ze tego typu objawy przy ospie sie zdarzaja acz niezbyt czesto.
Rowniez bole glowy, brak apetytu (czyli wszystko w normie). Inna zaniepokoila mnie na tyle, ze zdecydowalam zadzwonic do lekarza. Mianowicie takie objawy mogly byc oznaka syndromu Reye`a-nebezpiecznej komplikacji sporadycznie wystepujacej przy ospie wlasnie.. Intuicja podpowiadala mi, ze wszystko jest w porzadku ale przezornosc kazala dzwonic i zasiegnac jezyka.
Lekarka z NHS direct niestety nie rozwiala moich watpliwosci a wrecz je podsycila zalecajac wezwanie lekarza do domu . Glownie dlatego, ze Archie wymiotowal
od 4tej nad ranem przez ponad 8 godzin. Jednak w trakcie tej rozmowy dziecie zasnelo
i spalo nieprzerwanie przez pon 3h utrzymujac przez ten czas w zoladku to co wypil
przed zasnieciem. Wieczorem juz bylo wszystko w jak najlepszym porzadku. Uff
Ollie wczesniej doszla do siebie. Wygladalo na to, ze historie zoladkowe zgodnie z
wersja nr1 byly objawami towarzyszacymi ospie i w zwiazku z tym spodziewalam sie, ze
Ollie wysypie tez lada moment. Nie wysypalo. Ani jej ani Glorii i Lily, ktore jako
nastepne w kolejnosci doczekaly sie intensywnej rzygawki. Moja kolejna teoria brzmiala:
przeszly ospe w nietypowy sposob czyli bez wysypki ;) Jednak czas pokazal, ze teoria mylna ;) Po Ok 2 tygodniach wysypalo pozostala trojke.
Najwyrazniej historie zoladkowe to byl jakis bakcyl przy okazji zlapany w teatrze.
Cudze chwalicie....
No i jako sie rzeklo... w ramach rodzinnego czlonkowstwa National Trust wyruszylismy na szlaki najpierw zwiedzajac to co najblizej czyli latarnie morska w okolicy Deal. Pogoda co prawda nie zachecala do takich spacerow, ale piknik juz gotowy, Matt ma dzien wolny i dzieci chyba by nam nie wybaczyly takiej zmiany planow. No wiec w strumieniach deszczu `Tuptusiu w droge`. Im dalej na wschod czyli w kierunku morza tym bardziej leje. No coz. Mamy parasole, kurtki przeciwdeszczowe i kalosze. I mila niespodzianka.
Po dotarciu do St Mary`s Bay okazalo sie, ze tam nawet kropla deszczu nie spadla
acz wieje okrutnie.
Zaparkowalismy kolo muzeum i dalej szlak pieszy. Jakas mile lekko pod gorke
i pod wiatr. O zesz. Dziatwa podekscytowana rusza z kopyta. Ja ledwo nadazam. Matt dotrzymuje im kroku. Fiuuu, no i jestesmy u celu. Piekny widok na morze w dole i urocza latarnia na skale. Wlasciwie to dla dzieci juz pelnia atrakcji ale czeka nas jeszcze zwiedzanie wnetrza. Starsza pani przewodniczka wyszla z zalozenie,
ze nie bedzie maluchow zanudzac szczegolami technicznymi i postanowila z grubsza przedstawic temat. Coz, w efekcie nagadala sie wiecej niz standardowo. Po kilku minutach `wykladu` zostala zasypana najbardziej wymyslnymi pytaniami.
Na koniec cala piatka otrzymala ordery za odwage i wytrwalosc we wspinaniu sie na klif ;) Zwazywszy na to jak latwo im to przyszlo, odznaczenie raczej mi sie nalezy ;-P
Na dole czekal nas piknik. Kanapki z pieczenia i pomidory zniknely w oka mgnieniu.
Wszystkie pojemniki z salatkami zostaly wyczyszczone do bialosci i zostalo jeszcze mnostwo miejsca na owoce i muffinki. Po 20 minutowej podrozy powrotnej towarzystwo znowu `umieralo z glodu`.
*****************************************
Tym razem u nas slonce a na miejscu deszczowo.
Jednak nie na tyle by ochlodzic entuzjazm dziatwy..
Ale wystarczajaco by zniechecic tlumy emerytow. Przynajmniej czesciowo.
Nastawilam sie na pstrykanie `artystycznych zdjec` w tajemniczym ogrodzie,
ale niestety nie bylo mi dane. Maly terrorysta tym razem kurczowo sie mnie trzymal
i przy kazdym puszczeniu luzem w celu uwiecznienia jakiegos nietypowego okazu kwiecia
podnosil taki wrzask, ze wszyscy staruszkowie spogladali na mnie z wyrzutem pytajac
wzrokiem co ja temu biednemu dziecku robie. Zwlaszcza, ze w przerwach miedzy
krzykiem obdarzal ich wszystkich chojnie promiennymi usmiechami rozjasniajac
zachmurzone niebo ;). Dopiero pod koniec uznal wyzszosc tatusiowych ramion
nad dreptaniem ze mna i moglam sobie ulzyc artystycznie.
Zaliczylismy tez wspinaczke na wieze i wizyte w spichlerzu-muzeum gdzie skrylismy
sie podczas najwiekszego deszczu. W czasie pikniku w busie wyszlo w koncu slonce
i ciut zalowalam, ze nie zabralismy kaloszy zeby powloczyc sie po okolicznych laskach
i pastwiskach, ale cos mi mowi, ze jeszcze sie w tamte strony wybierzemy - tym razem
w celu zwiedzenia bardziej dzikich szlakow.
*****************************************
Mialam nadzieje, ze jeszcze w maju wybierzemy sie do Scotney by nacieszyc oczy
kwitnacymi o tej porze roku bluebells (angielskie dziko rosnace hiacynty)
Co prawda atak ospy pokrzyzowal nam troche plany ale co sie odwlecze..
Matka natura nas nie rozczarowala. Widok zapierajacy dech w piersiach.
Jaka szkoda, ze tego zapachu nie da sie uchwycic na zdjeciach
Ogrody zamkowe tez przecudne. Rododendrony kwitnace w stu kolorach.
Wokol rozlegle pastwiska i sciezki spacerowe. Jeziorka, strumyki. Bajecznie!!!
W dodatku pierwsza nasza sloneczna wyprawa. Pogoda jak przystalo na maj.
Slonecznie acz nie na tyle goraco by mi sie dac we znaki.
Ktos nam powiedzialm, ze Scotney to malo atrakcyjne miejsce dla dzieci.
W naszym przypadku to sie nie potwierdzilo. Cala piatka biegala napawajac sie widokami
i coraz to nowymi atrakcjami czyhajacymi za kazdym rogiem a my moglismy sie relaksowac
spacerujac w sloncu i rozmawiajac o roznyc sprawach albo milczac razem.
Odkrylismy tez dzika sciezke wiodaca przez pastwiska i lasem. Z cudnymi widokami i mnostwem zwierzat po drodze. Pasace sie owce i dziesiatki dzikich saren, krolikow,
bazantow,. Laki usiane narcyzami i kwitnace kasztany. Przecudne miejsce.
Sciezka zawiodla nas do strumyka i laweczki pod debem na skraju lasu.
Rajsko, bajecznie.
Dzieci wymeczone dlugim spacerem i bieganiem nie mogly doczekac sie pikniku.
Ah jak smakuja kanapki z serem i zielona salata po takiej eskapadzie.
*****************************************
Z babcia do Bodiam
Nastepna perelka na szlaku - zamek w Bodiam. Zdecydowanie inne klimaty bo
Ruiny wlasciwie. Wokol fosa.
Plywajace w niej wielkie karpie. Troche sie nabiegalismy po tych kretych schodkach, kruzgankach, wiezach, zakamarkach. W slad za podekscytowanymi latoroslami
Dzieci zauroczone, my zestresowani bo co krok to niebezpieczenstwo
(przynajmniej w naszych oczach ;) )
Szczesliwie byla z nami babcia dzieki ktorej jakos nadazalismy ale zdecydowanie
nie byla to tym, razem relaksujaca wycieczka w sielankowej oprawie
Najwieksza atrakcja byly nietoperze na wiezy Musialy wystarczyc w zastepstwie duchow
Co prawda smacznie spiace ale jednak dajace znac o swojej obecnosci
Nastepnie wiewiorki, zajaczki i kaczki ktore wprosily nam sie na piknik.
W ciagu roku na zamku organizowane sa liczne imprezy plenerowe: nocne podgladanie
nietoperzy, koncerty i przedstawienia - najblizsze w lipcu `5 children and It` w/g
Nesbit wiec pewnie jeszcze nie raz sie tam wybierzemy.
Bylismy tam 3 lata temu w lipcu dojezdzajac ciuchcia parowa z Tenterden do Bodiam
ale samego zamku wtedy nie zwiedzilismy.
Urodzinowa herbatka u Babci Alison
W drodze powrotnej odwozac babcie wstapilismy do niej na herbatke urodzinowa,
ktora przygotowala dla Elli i Archie. Do domu dotelepalismy sie poznym wieczorem.
Archie padl pierwszy jeszcze w podrozy. Zaraz po nin Lily i Olive, ale one przynajmniej obudzily sie po dotarciu na miejsce podczas gdy rodzynek przespal cala noc ciurkiem.
Upalny dzien i niespodziewana zmiana planow
Dzis mi wypada termin na test glukozowy. Brrr. Pluje sobie w brode, ze jednak
nie odwolalam bo ani polozna ani ja nie widzimy sensu by go robic.
Matthew zamienil sie z kolega przekladajac swoj wolny dzien z soboty na piatek
i tym samym przepada nam dlugi week - end. A nadodatek mnie mnie jakies paskudztwo
rozklada. I upal nieziemski. Pierwszy taki dzien w tym roku. Chyba ok 30 st dzis.
Zabralismy kosz z piknikiem w nadziei, ze w szpitalu szybko sie uwiniemy i pojedziemy
do Ightham Mote milo spedzic popoludnie. Jednak gdy juz sie uwinelismy to sie okazalo,
ze godzina w przegrzanym busie i zmeczone upalem dzieci plus spacer wsrod zabytkow
nie stanowia milej perspektywy i zgodnie wszyscy zamarzylismy o chlodnym powiewie
od morza. Wszak to tylko kilkanascie minut od wybrzeza. I tak udalismy sie w kierunku
Cudny piasek, muszelki do zbierania i mniej ludzi niz muszelek ;)
Nawet przy takiej pogodzie.
Dzieci ogromnie szczesliwe, ze jednak obiecana wycieczka i piknik w plenerze sie odbyly
Orzezwiajacy powiew od morza dobrze nam wszystkim zrobil.
Nie wspominajac o pysznych lodach i swiezutkich owocach morza zakupionych u rybakow
Nawet to ustrojstwo, ktore zaczelo mnie rozkladac jakos dalo za wygrana chyba.
Jednak male ochlodzenie nastepnego dnia przywitalismy z wielka radoscia.
Nie ma to jak umiarkowane, angielskie lato. Bez zadnych tam ekstremalnych upalow ;)
Instynkt gniazda-odslona druga
Nie do wiary ile czlek zdazy zrobic w pol dnia o ile zalicza sie do szczesliwych skowronkow. Ja niestety jestem typowa sowa ale wdzierajace sie przez okno do sypialni
slonce nie dalo mi dzis pospac i koniec koncem ok 5tej rano dalam za wygrana.
Zanim dzieci sie zaczely budzic, wypilam kawe, zjadlam lekkie sniadanie, ogarnelam
kuchnie, wyjelam naczynia ze zmywarki i zaczelam wstawiac nastepna ture.
Dwa prania wlacznie z rozwieszaniem. Psy sie wybiegaly w tym czasie. Nastepnie
obudzily sie moje skowronki-Archie i Ollie wiec zjedlismy sniadanko w ogrodzie.
Siedzac tak leniwie w porannym sloncu zaczelismy sie zastanawiac co posiac na wypielonej przez Matthew grzadce przed oknem kuchennym.
Sa tam juz ziola. Glownie mieta. Pokrzywy, miejmy nadzieje, juz nie wroca.
Padlo na sloneczniki. Calkiem przypadkiem odkrylam, ze ten jadalny, luskany, ktory kupuje jako dodatek do pieczenia chleba kielkuje przepieknie, w przeciwienstwie do siewnego.Posialismy wiec slonecznik, a pod plotem, miedzy rozami, troche kwiatow.
I sadzonki ogorkow w koncu. Podlelismy wszystko. Nastawilam chleb w maszynie.
Nastepnie zaczelo mnie razic to i owo w pralni wiec wypucowalam ja dokladnie,
wlacznie z podloga i scianami, wszystkim co sie nawinelo.
Przypadkiem wstapilam do garazu zanoszac tam sloiki do pojemnika ze szklem na recycling. No i stalo sie!!! Garaz pozostawia wiele do zyczenia. Porzadek w nim scisle ujmujac. Dzieci przy sniadaniu wyrazily ochote spelnienia tworczego. Ok, wyciagniemy
farby ale najpierw posprzatamy i uporzadkujemy to i owo.
Tu wspolnymi silami zrobilismy generalne porzadki ukladajac wszystko pod linijkne,
przetrzepujac kazdy kat, segregujac, odgracajac, odkurzajac.....w miedzyczasie Gloria
wstajaca ostatnimi czasy jako ostatnia (coz, wiek nastoletni sie najwyrazniej zbliza
wielkimi krokami) zjadla sniadanie i nakarmila zwierzaki. Nastepnie przyszla nam z
pomoca. W miedzyczasie wyprala sie tez trzecia kolejka prania (eh, a niektorzy
wzdychajac ciezko obwieszczaja: piore az 2! razy w tygodniu`.
Hehe, a ja minimum 2 razy dziennie ;)
Pranie do wywieszenia.
Ok, malujemy.
W idealnie wysprzatanym garazu rozlozylismy idealnie uporzadkowane farby,
papier i zaczela sie tworczosc radosna.
Artystyczny balagan ;)
Ale artysci obiecali pieknie posprzatac po sobie ;)
Ja w tym czasie wkroczylam do kuchni i nieublaganie rzucily mi sie w oczy niezbyt
idealne sciany (eh to zdrawdliwe, wiosenne slonce), ktore co prawda planowalismy
pomalowac w czasie urlopu Matthew.... ale w koncu czemu nie dzis??
Dzieci maluja to i ja zaszaleje. W sumie nie zajelo mi to wiecej niz godzine (nikt
mi nie przeszkadzal probujac `pomagac`) a jaki efekt!! Dzieci w tym czasie
nacieszyly sie swoim malowaniem, posprzataly, umyly sie i przyszly opodziwiac owoc
mojej pracy tworczej ;)
Posprzatalismy caly balagan pucujac przy okazji wszystkie szafki, drzwi i krzesla.
Kuchnia lsnila jeszcze przed poludniem.
Pora przygotowac cos na obiad.
Mmm, koperek pieknie wyrosl i mlode ziemniaczki. coz wiecej trzeba.
Gloria ochoczo przystapila do szorowania ziemniakow przy ogrodowym stole.
Po kwadransie opadla z sil i entuzjazmu ale na ten moment tylko czekaly kolejne
milosniczki atrakcyjnej roboty i przejecie szczoteczki i michy potraktowaly niczym
najwieksze wyroznienie. Psychologia pracy hehe ;)
W lsniacej czystoscia kuchni zapachnialy dochodzace wlasnie mlode ziemniaczki
i siekany koperek. do tego pomidory i chrupiace liscie salaty, jogurt.
Na deser truskawki.
No i wrocil Matthew.
Widok wypucowanego garazu przyprawil go o wytrzeszcz oczu ale juz widok
odmalowanej kuchni wbil go zwyczajnie w najblizsze krzeslo i spowodowal czasowy
zanik czynnosci zyciowych ;)
W zwiazku z pozniejszym oklapnieciem mam calkowity zakaz dotykania pedzlem scian
do konca czerwca czyli do czasu jego urlopu. No coz, przezyje to jakos! zwlaszcza,
ze kawal dobrej roboty i tak dzis odwalilam ;)
Po poludniu juz tylko sie relaksowalam podczas gdy dzieci cieszyly sie sloncem.
Mialam w planach cos ambitnego ;) w dziedzinie edukacji, ale czy to normalne trzymac
mlodziez w murach i wbijac wiedze do glow gdy slonce tak przyswieca??
Czesto jednak musze korygowac to skrzywienie wyniesione ze szkolnej lawy i plenic koncepty, ktore mi sie tam zakorzenily. A tymczasem przeciez w ciagu tego jednego poranka mielismy lekcje ogrodnictwa i biologii, gospodarstwa domowego, zajecia plastyczne, sprzatajac w garazu przejrzelismy dokladnie odnaleziony w koncu atlas Usborne Puzzles i w zwiazku z tym zaliczylismy niezwykle interesujaca pogadanke na
temat krajow afrykanskich, przypominajac sobie nazwy kontynentow, oceanow,
wyszukujac stolice i pasma gorskie i zgadujac jakie zwierzeta gdzie mozna spotkac.
Wyjasnilismy tez sobie skad sie bierze kurz i `po co` ;) Oraz celowosc segregacji smieci czyli ekologia w jak najbardziej praktycznym wydaniu. Byla tez codzienna lekcja odpowiedzialnosci czyli opieka nad domowymi zwierzakami- zaliczona na szostke bo
z wlasnej i nieprzymuszonej woli, bez szemrania i przypominania.
I kitchen science na koniec - z degustacja
A w ramach zajec popoludniowych sport na swiezym powietrzu wiec program wypelniony
po brzegi. W tej sytuacji darowanie sobie tabliczki mnozenia i cwiczen z kompozycji
to zadne przestepstwo przeciwko oswieceniu mlodych umyslow ;)
Majowo-urodzinowo
Maj podwojnie uroczysty u nas. Najpierw urodziny Elli a po 10 dniach rowniez Archie swietuje. Uroczystosci rowniez w dwuch turach. Pierwsza- herbatka u babci na czesc obojga solenizantow. nastepnie kazde po kolei w swoim czasie w domu.
Elli puchatkowe przyjecie uwienczyl puchatkowy tort i w szczegolny sposob bynajmniej niepuchatkowe laurki od rodzenstwa. oraz wymarzona seria "Watership down"
Wymarzona nie tylko przez solenizantke ;)
Archie tym razem bardzo wczul sie w role urodzinowego chlopca.
Co prawda oczekiwanie na pozwolenie ujrzenia tortu i rozpakowania prezentow wycisnelo mu pare lez ale nastepnie radosci nie bylo konca. Ciezarowka w wersji do rozkrecania okazala sie byc superhitem dla malego majsterkowicza
Rozne luzne wypady
Spacery, spacerki, mini-wycieczki i inne wiosenne eskapady. W poszukiwaniu wiosny,
muszelek i tysiaca innych skarbow natury czyli to co dzieci lubia najbardziej. Z jednej
takiej wyprawy wrocilismy z wiaderkiem muszli, kamyczkow, nozek krabich...niewiele
brakowalo a przytargalibysmy rowniez szkielety rybie i inna zdechlizne.
Oto co mozna stworzyc z paru muszelek i kawalka sznurka
Innym razem laka dostarczyla skarbow w postaci mleczy na wianki, biedronek, slimakow,
Tego typu wyprawy daja rowniez nieoceniona mozliwosc nabycia nowych umiejetnosci.
cwiczenie swoistej gwiazdy, czy uczenie slimaka jazdy wyscigowka
Nie wspominajac juz o tych oczywistych walorach edukacyjnych.
Szczesliwego Dnia Ojca Tatusiu!!!
Dzis swietujemy w Uk dzien ojca. Spiskowcy dogadali sie dzien wczesniej co do tresci
organizacyjnej i pierwszy punkt czyli wczesna pobudka wyszla im nadspodziewanie
sprawnie i bez szemrania. Nastepnie umyci, przebrani, z prezentami, laurkami
w lapkach i piesnia na ustach zawitali do sypialni budzac nieodwolalnie
zalegajacego jeszcze w lozku rodziciela.
Nastepnie bylo sniadanie w lozku (w przygotowaniu ktorego im nieco pomoglam
ale pomysl z przybraniem tacy kwiatami juz nie byl mojego autorstwa :)
Slodko i wytrawnie
Czyli kulinaria. Rodzina jest najwyrazniej moim natchnieniem w kuchni. A ze mam bardzo
ochoczych pomocnikow (zarowno do pichcenia jak i do jedzenia ;) ) to i to natchnienie
latwiej realizowac. I tak wychodza z piecyka buleczki z serem, muffinki roznej masci, karpatka, crumble pie, ciasteczka, tarty, serniki jak rowniez schab nadziewany
poledwica (cudowne, soczyste odkrycie), pomidory zapiekane z mozarella.
Absolutny hit muffinkowy to bananowe z pecan albo orzechami wloskimi
Odkryciem sezonu tez jest lean mean grill George Foreman- szczegolnie przepyszne
zgrillowane cukinie z niego czy tosty z camember mmmmm:)
I oczywiscie zasoby kuchennego ogrodka czyli ziola, zielenina, swieze pomidorki.
Salatki wszelkiej masci w ilosciach hurtowych. Kazdego dnia ktos inny dostepuje
honoru zerwania glowki salaty z grzadki i przyniesienia jej do kuchni ;)
I pyszne, mlode ziemniaki od znajomego farmera-posypane wlasnym koperkiem :)
I ogorki malosolne oczywiscie.
Uroki sezonu!!!
Zabawy duze i male
czyli tworczosc naszych dzieci. Archie nadal wiernie nasladuje poczynania tatusia
trudniac sie drobnymi naprawami. Przykrecajac to i owo. Bardzo spodobalo mu sie
meccano i pojazdy w wersji ze srubokretem-takie, ktore mozna rozkladac na czynniki
pierwsze i pozniej skrecac od podstaw. Piaskownica to rowneiz jego krolestwo.
Szczegolnie w wersji z parkingiem i placem budowy a wiec ciezarowki, koparki, walce.
Rowniez wszelka samopomoc chlopska czyli wspieranie taty - majsterklepki
Co dwie zlote raczki w domu to nie jedna ;)
Dziewczynki zdecydowanie preferuja wszelkie tworcze inwestycje-teatrzyk lalkowy,
wyklejanki, przebieranki, rysunek (tu Ella i Lily dochodza do perfekcji wykonujac
ilustracje do Watershipdown i Krola Lwa), Gloria sporadycznie preferuje samotne
zabawy z wyobraznia i ciche chwile sam na sam z ksiazka. Olive-robakolog - w plenerze. Wszyscy zgodnie cenia sobie rowniez wszelkie wspolne zabawy poczynajac od gier
zbiorowych poprzez kolejki, rozwalanie klockow a konczac na taplaniu sie w blocie
i bieganiu w deszczu gdy pogoda nie dopisuje.
I oczywiscie rowerki, wrotki, deskorolka dzieki ktorej Olive dorobila sie ostatnio guza
na czole zapominajac o kasku :/, pilka, szczegolnie koszykowa i inne aktywne sprzety.
Czyli