Tak mi chodzi po glowie juz od dluzszego czasu by uchwycic kilka roznych takich chwil
                  Tym razem w jezyku rodzimym dla ulatwienia  sobie zycia :)



    Spotkanie z wiosna na `deszczowej wyspie` ma miejsce bardzo wczesnie. Wlasciwie
    trudno dostrzec to przejscie bo dopiero co spadaja liscie a juz zaczynaja kwitnac 
  pierwiosnki. Jednak tak naprawde  to chyba w okolicy stycznia pojawiaja sie masowo                 paki na drzewach , zieleni sie trawa i kwitna przebisniegi. Cale mnostwo.












Wtedy czlowiek czuje, ze wiosna juz tuz tuz i nic nie jest w stanie tej wiary zachwiac.                                      Nawet spozniony atak zimy na poczatku marca.
  Dzieci, ktore tuz po gwiazdce zaczely wypatrywac wiosny (acz nieco rozczarowane,
ze swieta bez sniegu) po takim spotkaniu z polem przebisniegow pewnego, slonecznego,            styczniowego popoludnia, utwierdzily sie w przekonaniu, ze wiosna juz blisko
Lutowy nawrot zimy wzbudzil nieco mieszane uczucia.  Czy to znowu swieta? (wszak snieg = swieta ;) ) i czy nie pora na kolejny list do Mikolaja...Jednak zima trwala akurat              tyle ile trzeba - w sam raz by sie nia nacieszyc. Ulepic prawdziwego balwana
    i stoczyc bitwe na sniezki. Poczuc nieznane dotad szczypanie mrozu w nos i uszy.
  Po niecalych 2 tygodniach takiej odmiany wszyscy z ulga na nowo powitalismy slonce
     i nagly wybuch wiosny. Pola zonkili, krokusow i obsypane kwieciem drzewa













Zapomniane juz nieco uczucie tej rozpierajacej radosci,  energii, bieganie na bosaka po trawie i smak buleczek z serem podczas pierwszego wiosennego teddy bears picnic w ogrodzie. Znowu mozna zostawic otwarte na oscierz drzwi, jesc obiad w ogrodzie, grzebac sie w pachnacej wiosna ziemii i obserwowac wychylajace sie ku sloncu coraz to nowe  kielki-niespodzianki z ktorych lada dzien uwolni sie zapach hiacyntow, tulipanow...



Stada mlodych zajaczkow na lace za plotem. Trzymajacych sie nieco na dystans od mlodego lisa acz niespecjalnie przejetych jego obecnoscia. Mlode, rozkrzyczane bazanty, czaple nad rzeczka i ta soczysta zielen trawy i mlodych listkow na wierzbie.

                                              

  Moje pierwsze krokusy i hiacynty wlasnie dokonczyly zywota jako wyraz dzieciecej milosci. `Mamusiu, to dla Ciebie. Oczywiscie nikt nie moze byc gorszy wiec w koncu krokusow zabraklo. W nastepnej kolejnosci byly stokrotki , forsycje i kilka innych kwitnacych krzewow - szczegolnie cudnie pachnacy - laurowy.

                                              

           Dzieci wstaja bladym switem i jeszcze przed sniadaniem szaleja w ogrodku.
    Pozniej pochlaniaja niepojete ilosci platkow z mlekiem. Zalety porannego, rzeskiego 
   powietrza. Uwielbiam sie im przypatrywac gdy tak z rumiencami na buziach wsuwaja
       kolejna dokladke, ktora za chwile spala znowu podczas `wyscigow konnych`
                                      czy pogoni za zwariowanym psiakiem.
                         Niejadek i wiejskie klimaty to chyba rzadkie zestawienie.

  Pozniej karmia zwierzaki, ktorym tez apetyt dopisuje ;) i znowu szalenstwo w plenerze.

                                              

  Pora na wiosenne porzadki. Roze ktore posadzilismy na jesieni przyjely sie pieknie i       puszczaja  mlode pedy. Musze chyba przeszadzic cebulki hiacyntow i zonkili bo trawa 
   prosi sie o koszenie a w ferworze ich sadzenia w styczniu zapomnielismy o takich
         szczegolach jak manewrowanie kosiarka pomiedzy urokliwym kwieciem.

Ziola w doniczkach tez sie zazielenily.  Nawet te, ktore w zimie uschly mi na parapecie i w desperacji przesadzilam je na zewnarz liczac chyba na cud. A jednak cud sie zdarzyl.
Tymianek i oregano odzyly na nowo. Chyba im lepiej w sloncu niz na kuchennym parapecie.

                               

                           Instynkt gniazda -odslona pietrwsza

    Alez mnie wzielo. Caly dom wypucowany. Wlacznie ze schowkami. Schowki przede
  wszystkim bo przy okazji wyciagnelam wszystkie dzieciece ubranka. Posegregowalam
  poraz nie wiem ktory i przygotowalam do prania. Cala piatka dzielnie mi towarzyszyla
  przejeta faktem, ze to dla `baby`i nie mogac sie nadziwic, ze sami kiedys zdolali sie w
   to  wcisnac. Dla mnie to tez abstrakcja :) . Rozczulilam sie ogromnie. Szczegolnie
       przegladajac te pierwsze ubranka w ktorych przywiezlismy Glorie ze szpitala.
     Eh, kiedy to bylo. Nasze pierworodne malenstwo, ktore tak cierpliwie uczylo nas
           rodzicielstwa i znosilo wszystkie eksperymenty wlasnie skonczylo 8 lat!!!
                   Kazde urodziny rozklejaja mnie troche, ale te jakos szczegolnie.
       Hormony czy uroki zaawansowanego (wiekiem w kazdym razie) macierzystwa?


       

                               Wielkanocne przedsiewziecia

  Tesciowa spedzi z nami swieta. Bardzo mnie to cieszy bo jej obecnosc jakos podkresli atmosfere swiateczna. 3 pokoleniowe swieta. Dzieci nie moga sie doczekac. Zastanawiam sie nad menu swiatecznym. Na pewno bialy barszcz na sniadanie . Na domowym zakwasie.
Do niego biala kielbasa - zamowiona czosnkowa. Na pobliskiej farmie. Juz mi pachnie :)
Matthew wybawil mnie z klopotu deklarujac przygotowanie obiadu. Bedzie po angielsku.
        Szynka na slodko- z morelami, pieczone mlode ziemniaki i fasolka z orzechami
           Ja biore na siebie ciasto. Babe jakas najpewniej i czekoladowe gniazda.
        Jaja czesciowo pomalowane a czesciowo ugotowane w cebuli i wyskrobane.
                 Oczywiscie nie obylo sie bez ofiar. Szczesliwie tylko wsrod jajek.
                                                    
                    

       Pogoda swiateczna taka sobie. W zwiazku z czym poszukiwanie jaj od zajaca
                odbylo sie w czterech scianach zamiast w ogrodzie jak zwykle.
          Zajac okazal sie bardzo chojny. Jednak znaczna czesc jego darow zostala
      skonfiskowana ze wzgledu na pierwsze oznaki pociagania nosem wsrod dziatwy.
          Mam nadzieje, ze wytrzymaja choc do jutra (rodzinne wyjscie do teatru na
                                                "Banany w Pizamach"
                      Wytrzymali!!! Chinski specyfik chyba znowu zadzialal.
     `Banany` okazaly sie byc powtorka sprzed 2 lat reklamowana jako `newest show`
Dzieci znacznie szybciej niz my zorientowaly sie co jest grane ale i tak byly zachwycone
         Najbardziej jednak faktem, ze ukochana babcia podrozowala z nami w busie.

                    


                                 Zaospione towarzystwo

          No i mam czego chcialam. Dlugo wyczekiwana ospa wreszcie u nas zawitala.
  Ciekawe czy w teatrze zlapalismy ? Na pierwszy rzut poszli Ella i Archie. Wysypalo ich
        dosc skromnie. Ella troche trudniej to znosila narzekajac od czasu do czasu
     na swedzenie ale pomagal krem doraznie i gencjan fiolet-rewelacja moim zdaniem.
  Archie dorobil sie tylko paru krostek i szalal jak zwykle. Kryzys przyszedl ok 3go dnia, ale, jak sie pozniej okazalo, nie mial nic wspolnego z ospa, choc wtedy nie bylo to dla mnie takie oczywiste. Zaczely sie wymioty. Mega wymioty. Najpierw Ella. Wymeczylo ja  okrutnie. Nic sie nie chcialo utrzymac w zoladku. Dopiero wieczorem, po przespaniu polowy dnia poczula sie lepiej i wypita odrobina odgazowanej coli nie pozwolila sie ewakuowac. Od tego momentu bylo juz OK . Przynajmniej z plynami.
  O swicie Archie symultanicznie z Ollie. I tak do rana. Dobrze, ze Matthew mial wolne
i jakos sie uzupelnialismy. Pol dnia biegania z micha. W koncu zaniepokojona tymi nietypowymi objawami zaczelam szperac w sieci. I doszperalam sie 2 sprzecznych wersji.
Jedna mowila, ze tego typu objawy przy ospie sie zdarzaja acz niezbyt czesto.
Rowniez bole glowy, brak apetytu (czyli wszystko w normie). Inna zaniepokoila mnie na tyle, ze zdecydowalam zadzwonic do lekarza. Mianowicie takie objawy mogly byc oznaka syndromu Reye`a-nebezpiecznej komplikacji  sporadycznie wystepujacej przy ospie wlasnie.. Intuicja podpowiadala mi, ze wszystko jest w porzadku ale przezornosc kazala dzwonic i zasiegnac jezyka.
Lekarka z NHS direct niestety nie rozwiala moich watpliwosci a wrecz je podsycila zalecajac wezwanie lekarza do domu . Glownie dlatego, ze Archie wymiotowal
od 4tej nad ranem przez ponad 8 godzin.  Jednak w trakcie tej rozmowy dziecie zasnelo
  i spalo nieprzerwanie przez pon 3h utrzymujac przez ten czas w zoladku to co wypil
   przed zasnieciem. Wieczorem juz bylo wszystko w jak najlepszym porzadku. Uff
   Ollie wczesniej doszla do siebie. Wygladalo na to, ze historie zoladkowe zgodnie z
wersja nr1 byly objawami towarzyszacymi ospie i w zwiazku z tym spodziewalam sie, ze
    Ollie wysypie tez lada moment. Nie wysypalo. Ani jej ani Glorii i Lily, ktore jako
nastepne w kolejnosci doczekaly sie intensywnej rzygawki. Moja kolejna teoria brzmiala:
przeszly ospe w nietypowy sposob czyli bez wysypki ;) Jednak czas pokazal, ze teoria mylna ;) Po Ok 2 tygodniach wysypalo pozostala trojke.
Najwyrazniej historie zoladkowe to byl jakis bakcyl przy okazji zlapany w teatrze.



                                    Cudze chwalicie....

No i jako sie rzeklo... w ramach rodzinnego czlonkowstwa National Trust wyruszylismy na szlaki najpierw zwiedzajac to co najblizej czyli latarnie morska w okolicy Deal. Pogoda co prawda nie zachecala do takich spacerow, ale piknik juz gotowy, Matt ma dzien wolny i dzieci  chyba by nam nie wybaczyly takiej zmiany planow. No wiec w strumieniach deszczu `Tuptusiu w droge`. Im dalej na wschod czyli w kierunku morza tym bardziej    leje. No coz. Mamy parasole, kurtki przeciwdeszczowe i kalosze. I mila niespodzianka.
   Po dotarciu do St Mary`s Bay okazalo sie, ze tam nawet kropla deszczu nie spadla
                                                        acz wieje okrutnie.
Zaparkowalismy kolo muzeum i dalej szlak pieszy. Jakas mile lekko pod gorke
i pod wiatr. O zesz. Dziatwa podekscytowana rusza z kopyta. Ja ledwo nadazam. Matt dotrzymuje im kroku. Fiuuu, no i jestesmy u celu. Piekny widok na morze w dole i urocza latarnia na skale. Wlasciwie to dla dzieci juz pelnia atrakcji ale czeka nas jeszcze zwiedzanie wnetrza. Starsza pani przewodniczka wyszla z zalozenie,
ze nie bedzie maluchow zanudzac szczegolami technicznymi i postanowila z grubsza przedstawic temat. Coz, w efekcie nagadala sie wiecej niz standardowo. Po kilku minutach  `wykladu` zostala zasypana najbardziej wymyslnymi pytaniami.
Na koniec cala piatka otrzymala ordery za odwage i wytrwalosc we wspinaniu sie na klif ;)  Zwazywszy na to jak latwo im to przyszlo, odznaczenie raczej mi sie nalezy ;-P
Na dole czekal nas piknik. Kanapki z pieczenia i  pomidory zniknely w oka mgnieniu.
Wszystkie pojemniki z salatkami zostaly wyczyszczone do bialosci i zostalo jeszcze mnostwo miejsca na owoce i muffinki.  Po 20 minutowej podrozy powrotnej towarzystwo znowu `umieralo z glodu`.

                                *****************************************


                       Kolejna atrakcja na liscie: ogrody i zamek w Sissinghurst. 
                             Tym razem u nas slonce  a na miejscu deszczowo.
                           Jednak nie na tyle by ochlodzic entuzjazm dziatwy..
         Ale wystarczajaco by zniechecic tlumy emerytow. Przynajmniej czesciowo.
       Nastawilam sie na pstrykanie `artystycznych zdjec` w tajemniczym ogrodzie,
  ale niestety nie bylo mi dane. Maly terrorysta tym razem kurczowo sie mnie trzymal
i przy kazdym puszczeniu luzem w celu uwiecznienia jakiegos nietypowego okazu kwiecia
  podnosil taki wrzask, ze wszyscy staruszkowie spogladali na mnie z wyrzutem pytajac
    wzrokiem co ja temu biednemu dziecku robie. Zwlaszcza, ze w przerwach miedzy
      krzykiem obdarzal ich wszystkich chojnie promiennymi usmiechami rozjasniajac
        zachmurzone niebo ;). Dopiero pod koniec uznal wyzszosc tatusiowych ramion
                    nad dreptaniem ze mna i moglam sobie ulzyc artystycznie.
     Zaliczylismy tez wspinaczke na wieze i wizyte w spichlerzu-muzeum gdzie skrylismy
  sie podczas najwiekszego deszczu. W czasie pikniku w busie wyszlo w koncu slonce
i ciut zalowalam, ze nie zabralismy kaloszy zeby powloczyc sie po okolicznych laskach
  i pastwiskach, ale cos mi mowi, ze jeszcze sie w tamte strony wybierzemy - tym razem
                            w celu zwiedzenia bardziej dzikich szlakow.

                             *****************************************
                                  

    Mialam nadzieje, ze jeszcze w maju wybierzemy sie do Scotney by nacieszyc oczy
           kwitnacymi o tej porze roku bluebells (angielskie dziko rosnace hiacynty)
            Co prawda atak ospy pokrzyzowal nam troche plany ale co sie odwlecze..











          Matka natura nas nie rozczarowala. Widok zapierajacy dech w piersiach.
                  Jaka szkoda, ze tego zapachu nie da sie uchwycic na zdjeciach
           Ogrody zamkowe tez przecudne.  Rododendrony kwitnace w stu kolorach.
        Wokol rozlegle pastwiska i sciezki spacerowe. Jeziorka, strumyki. Bajecznie!!!
          W dodatku pierwsza nasza sloneczna wyprawa. Pogoda jak przystalo na maj.
                         Slonecznie acz nie na tyle goraco by mi sie dac we znaki.

             Ktos nam powiedzialm, ze Scotney to malo atrakcyjne miejsce dla dzieci.
W naszym przypadku to sie nie potwierdzilo. Cala piatka biegala napawajac sie widokami
i coraz to nowymi atrakcjami czyhajacymi za kazdym rogiem a my moglismy sie relaksowac
         spacerujac w sloncu i rozmawiajac o roznyc sprawach albo milczac razem.
Odkrylismy tez dzika sciezke wiodaca przez pastwiska i lasem. Z cudnymi widokami i mnostwem zwierzat po drodze. Pasace sie owce i dziesiatki dzikich saren, krolikow,
        bazantow,. Laki usiane narcyzami i kwitnace kasztany. Przecudne miejsce.
          Sciezka zawiodla nas do strumyka i laweczki  pod debem na skraju lasu.
                                                    Rajsko, bajecznie.
     Dzieci wymeczone dlugim spacerem i bieganiem nie mogly doczekac sie pikniku.
            Ah jak smakuja kanapki z serem i zielona salata  po takiej eskapadzie.

                             *****************************************


                                Z babcia do Bodiam
        Nastepna perelka na szlaku - zamek w Bodiam. Zdecydowanie inne klimaty bo
                        zamek sredniowieczny Zamczysko robi ogromne wrazenie.

















                                                Ruiny wlasciwie. Wokol fosa.
Plywajace w niej wielkie karpie.  Troche sie nabiegalismy po tych kretych schodkach,              kruzgankach, wiezach, zakamarkach. W slad za podekscytowanymi latoroslami
                                     poszukujacymi uparcie duchow zamkowych




















                Dzieci zauroczone, my zestresowani bo co krok to niebezpieczenstwo
                                          (przynajmniej w naszych oczach ;) )
     Szczesliwie byla  z nami babcia dzieki ktorej jakos nadazalismy ale zdecydowanie
                nie  byla to tym, razem relaksujaca wycieczka w sielankowej oprawie
Najwieksza atrakcja byly nietoperze na wiezy Musialy wystarczyc w zastepstwie duchow
                Co prawda smacznie spiace ale jednak dajace znac o swojej obecnosci
                Nastepnie wiewiorki, zajaczki i kaczki ktore wprosily nam sie na piknik.

























  W  ciagu  roku na zamku organizowane sa liczne imprezy plenerowe: nocne podgladanie
     nietoperzy, koncerty i przedstawienia - najblizsze w lipcu `5 children and It` w/g
                             Nesbit wiec pewnie jeszcze nie raz sie tam wybierzemy.
   Bylismy tam 3 lata temu w lipcu dojezdzajac ciuchcia parowa z Tenterden do Bodiam
                                     ale samego zamku wtedy nie zwiedzilismy.

                           Urodzinowa herbatka u Babci Alison



















    W drodze powrotnej odwozac babcie wstapilismy do niej na herbatke urodzinowa,
    ktora przygotowala dla Elli i Archie. Do domu dotelepalismy sie poznym wieczorem.
Archie padl  pierwszy jeszcze w podrozy. Zaraz po nin Lily i Olive, ale one przynajmniej    obudzily sie po dotarciu na miejsce podczas gdy rodzynek przespal cala noc ciurkiem.


                     Upalny dzien i niespodziewana zmiana planow

      Dzis mi wypada termin na test glukozowy. Brrr. Pluje sobie w brode, ze jednak
              nie odwolalam bo ani polozna ani ja nie widzimy sensu by go robic.
    Matthew zamienil sie z kolega przekladajac swoj wolny dzien z soboty na piatek
i tym samym przepada nam dlugi week - end. A nadodatek mnie  mnie jakies paskudztwo
     rozklada. I upal nieziemski. Pierwszy taki dzien w tym roku. Chyba ok 30 st dzis.
Zabralismy kosz z piknikiem  w nadziei, ze w szpitalu szybko sie uwiniemy i pojedziemy
do Ightham Mote milo spedzic popoludnie. Jednak gdy juz sie uwinelismy to sie okazalo,
ze godzina w przegrzanym busie i zmeczone upalem dzieci plus spacer wsrod zabytkow
  nie stanowia milej perspektywy i zgodnie wszyscy zamarzylismy o chlodnym powiewie
od morza. Wszak to tylko kilkanascie minut od wybrzeza. I tak udalismy sie w kierunku
             Hern Bay i dalej nieco na plaze do Birchington - nasze nowe odkrycie.
                 Cudny piasek, muszelki do zbierania i mniej ludzi niz muszelek ;)  
                                                Nawet przy takiej pogodzie.















Dzieci ogromnie szczesliwe, ze jednak obiecana wycieczka i piknik w plenerze sie odbyly
                    Orzezwiajacy powiew od morza dobrze nam wszystkim zrobil.
Nie wspominajac o pysznych lodach i swiezutkich owocach morza zakupionych u rybakow
      Nawet to ustrojstwo, ktore zaczelo mnie rozkladac jakos dalo za wygrana chyba.
          Jednak male ochlodzenie nastepnego dnia przywitalismy z wielka radoscia.
  Nie ma to jak umiarkowane, angielskie lato. Bez zadnych tam ekstremalnych upalow ;)




                          Instynkt gniazda-odslona druga
   Nie do wiary ile czlek zdazy zrobic w pol dnia o ile zalicza sie do szczesliwych skowronkow. Ja niestety jestem typowa sowa ale wdzierajace sie przez okno do sypialni
     slonce nie dalo mi dzis pospac i koniec koncem ok 5tej rano dalam za wygrana.
Zanim dzieci sie zaczely budzic, wypilam kawe, zjadlam lekkie sniadanie, ogarnelam
       kuchnie, wyjelam naczynia ze zmywarki i zaczelam wstawiac nastepna ture.
   Dwa prania wlacznie z rozwieszaniem. Psy sie wybiegaly w tym czasie. Nastepnie   
     obudzily sie moje skowronki-Archie i Ollie wiec zjedlismy sniadanko w ogrodzie.
      Siedzac tak leniwie w porannym sloncu zaczelismy sie zastanawiac co posiac na                              wypielonej przez Matthew grzadce przed oknem kuchennym.
        Sa tam juz ziola. Glownie mieta. Pokrzywy, miejmy nadzieje, juz nie wroca.
    Padlo na sloneczniki. Calkiem przypadkiem odkrylam, ze ten jadalny, luskany, ktory kupuje jako dodatek do pieczenia chleba kielkuje przepieknie, w przeciwienstwie do siewnego.Posialismy wiec slonecznik, a pod plotem, miedzy rozami, troche kwiatow.
  I sadzonki ogorkow w koncu. Podlelismy wszystko. Nastawilam chleb w maszynie.
    Nastepnie zaczelo mnie razic to i owo w pralni wiec wypucowalam ja dokladnie,
               wlacznie z podloga i scianami, wszystkim co sie nawinelo.
Przypadkiem wstapilam do garazu zanoszac tam sloiki do pojemnika ze szklem na recycling. No i stalo sie!!! Garaz pozostawia wiele do zyczenia. Porzadek w nim scisle ujmujac.  Dzieci przy sniadaniu wyrazily ochote spelnienia tworczego. Ok, wyciagniemy
                 farby ale najpierw posprzatamy i uporzadkujemy to i owo.
   Tu wspolnymi silami zrobilismy generalne porzadki ukladajac wszystko pod linijkne,
  przetrzepujac kazdy kat, segregujac, odgracajac, odkurzajac.....w miedzyczasie Gloria
   wstajaca ostatnimi czasy jako ostatnia (coz, wiek nastoletni sie najwyrazniej zbliza
    wielkimi krokami) zjadla sniadanie i nakarmila zwierzaki. Nastepnie przyszla nam z
     pomoca. W miedzyczasie wyprala sie tez trzecia kolejka prania (eh, a niektorzy
              wzdychajac ciezko obwieszczaja: piore az 2! razy w tygodniu`.
                                   Hehe, a ja minimum 2 razy dziennie ;)
                                          Pranie do wywieszenia.
                                                 Ok, malujemy.
     W idealnie wysprzatanym garazu rozlozylismy idealnie  uporzadkowane farby,
                               papier i zaczela sie tworczosc radosna.
                                          Artystyczny balagan ;)
                          Ale artysci obiecali pieknie posprzatac po sobie ;)
  Ja w tym czasie wkroczylam do kuchni i nieublaganie rzucily mi sie w oczy niezbyt  
  idealne sciany (eh to zdrawdliwe, wiosenne slonce), ktore co prawda planowalismy
          pomalowac w czasie urlopu Matthew.... ale w koncu czemu nie dzis??
   Dzieci maluja to i ja zaszaleje.  W sumie nie zajelo mi to wiecej niz godzine (nikt
       mi nie przeszkadzal probujac `pomagac`) a jaki efekt!!  Dzieci w tym czasie   
  nacieszyly sie swoim malowaniem, posprzataly, umyly sie i przyszly opodziwiac owoc 
                                           mojej pracy tworczej ;)
Posprzatalismy caly balagan pucujac przy okazji wszystkie szafki, drzwi i krzesla.
                             Kuchnia lsnila jeszcze przed poludniem.
                                   Pora przygotowac cos na obiad.
             Mmm, koperek pieknie wyrosl i mlode ziemniaczki. coz wiecej trzeba.
       Gloria ochoczo przystapila do szorowania ziemniakow przy ogrodowym stole.
     Po kwadransie opadla z sil i entuzjazmu ale na ten moment tylko czekaly kolejne 
   milosniczki atrakcyjnej roboty i przejecie szczoteczki i michy potraktowaly niczym
                          najwieksze wyroznienie. Psychologia pracy hehe ;)
   W lsniacej czystoscia kuchni zapachnialy dochodzace  wlasnie mlode ziemniaczki
              i siekany koperek. do tego pomidory i chrupiace liscie salaty, jogurt.
                                                Na deser truskawki.
                                                No i wrocil Matthew.
     Widok wypucowanego garazu przyprawil go o wytrzeszcz oczu ale juz widok
odmalowanej kuchni wbil go zwyczajnie w najblizsze krzeslo i spowodowal czasowy
                                           zanik  czynnosci zyciowych ;)
W zwiazku z pozniejszym oklapnieciem mam calkowity zakaz dotykania pedzlem scian
  do konca czerwca czyli do czasu jego urlopu. No coz, przezyje to jakos! zwlaszcza,
                             ze kawal dobrej roboty i tak dzis odwalilam ;)
   Po poludniu juz tylko sie relaksowalam podczas gdy dzieci cieszyly sie sloncem.
Mialam w planach cos ambitnego ;) w dziedzinie edukacji, ale  czy to normalne trzymac
         mlodziez w murach i wbijac wiedze do glow gdy slonce tak przyswieca??
Czesto jednak musze korygowac to skrzywienie wyniesione ze szkolnej lawy i plenic koncepty, ktore mi sie tam zakorzenily. A tymczasem przeciez w ciagu tego jednego poranka mielismy lekcje ogrodnictwa i biologii, gospodarstwa domowego, zajecia plastyczne, sprzatajac w garazu przejrzelismy dokladnie odnaleziony w koncu atlas Usborne Puzzles i w zwiazku z tym zaliczylismy niezwykle interesujaca pogadanke na
    temat krajow afrykanskich, przypominajac sobie nazwy kontynentow, oceanow,
  wyszukujac stolice i pasma gorskie i zgadujac jakie zwierzeta gdzie mozna spotkac.
Wyjasnilismy tez sobie skad sie bierze kurz i `po co` ;) Oraz celowosc segregacji smieci czyli ekologia w jak najbardziej praktycznym wydaniu. Byla tez codzienna lekcja  odpowiedzialnosci czyli opieka nad domowymi zwierzakami- zaliczona na szostke bo
           z wlasnej i nieprzymuszonej woli, bez szemrania i przypominania.
                             I kitchen science na koniec - z degustacja
A w ramach zajec popoludniowych sport na swiezym powietrzu wiec program wypelniony
po brzegi. W tej sytuacji  darowanie sobie tabliczki mnozenia i cwiczen z kompozycji
                 to zadne przestepstwo przeciwko oswieceniu mlodych umyslow ;)
  



                                                   Majowo-urodzinowo

Maj podwojnie uroczysty u nas. Najpierw urodziny Elli a po 10 dniach rowniez Archie swietuje.  Uroczystosci rowniez w dwuch turach. Pierwsza- herbatka u babci na czesc obojga solenizantow. nastepnie kazde po kolei w swoim czasie w domu.
Elli puchatkowe przyjecie uwienczyl puchatkowy tort i w szczegolny sposob bynajmniej niepuchatkowe laurki od rodzenstwa. oraz wymarzona seria "Watership down"
                                Wymarzona nie tylko przez solenizantke ;)
               Archie tym razem bardzo wczul sie w role urodzinowego chlopca.
Co prawda oczekiwanie na pozwolenie ujrzenia tortu i rozpakowania prezentow wycisnelo mu pare lez ale nastepnie radosci nie bylo konca. Ciezarowka w wersji do rozkrecania  okazala sie byc superhitem dla malego majsterkowicza
 

                                   Rozne luzne wypady

  Spacery, spacerki, mini-wycieczki i inne wiosenne eskapady. W poszukiwaniu wiosny, 
  muszelek i tysiaca innych skarbow natury czyli to co dzieci lubia najbardziej. Z jednej
  takiej wyprawy wrocilismy z wiaderkiem muszli, kamyczkow, nozek krabich...niewiele
           brakowalo a przytargalibysmy rowniez szkielety rybie i inna zdechlizne.
                      Oto co mozna stworzyc z paru muszelek i  kawalka sznurka

















Innym razem laka dostarczyla skarbow w postaci mleczy na wianki, biedronek, slimakow,

  Tego typu wyprawy daja rowniez nieoceniona mozliwosc nabycia nowych umiejetnosci.
  A do nich nalezy m in. sztuka puszczania kaczek, turlanie sie z gorki po kamykach,
    cwiczenie swoistej gwiazdy, czy uczenie slimaka jazdy wyscigowka
              Nie wspominajac juz o tych oczywistych walorach edukacyjnych.





                                         Szczesliwego Dnia Ojca Tatusiu!!!
  Dzis swietujemy w Uk dzien ojca.  Spiskowcy dogadali sie dzien wczesniej co do tresci
    organizacyjnej i pierwszy punkt czyli wczesna pobudka wyszla im nadspodziewanie
      sprawnie i bez szemrania. Nastepnie umyci, przebrani, z prezentami, laurkami
          w lapkach i piesnia na ustach zawitali do sypialni budzac nieodwolalnie
                                        zalegajacego jeszcze w lozku rodziciela.
         Nastepnie bylo sniadanie w lozku (w przygotowaniu ktorego im nieco pomoglam
               ale pomysl z przybraniem tacy kwiatami juz nie byl mojego autorstwa :)





















                                                    Slodko i wytrawnie
Czyli kulinaria. Rodzina jest najwyrazniej moim natchnieniem w kuchni. A ze mam bardzo
ochoczych pomocnikow (zarowno do pichcenia jak i do jedzenia ;) ) to i to natchnienie
  latwiej realizowac. I tak wychodza z piecyka buleczki z serem, muffinki roznej masci,            karpatka, crumble pie, ciasteczka, tarty, serniki jak rowniez schab nadziewany
           poledwica (cudowne, soczyste odkrycie),  pomidory zapiekane z mozarella.
             Absolutny hit muffinkowy to bananowe z pecan albo orzechami wloskimi
  Odkryciem sezonu tez jest lean mean grill George Foreman- szczegolnie przepyszne
                   zgrillowane cukinie z niego czy tosty z camember mmmmm:)
    I oczywiscie zasoby kuchennego ogrodka czyli ziola, zielenina, swieze pomidorki.
    Salatki wszelkiej masci w ilosciach hurtowych.  Kazdego dnia ktos inny dostepuje
           honoru zerwania glowki salaty z grzadki i przyniesienia jej do kuchni ;)
     I pyszne, mlode ziemniaki od znajomego farmera-posypane wlasnym koperkiem :)
                                              I ogorki malosolne oczywiscie.
                                                        Uroki sezonu!!!




                             
                                                    Zabawy duze i male
  czyli tworczosc naszych dzieci. Archie nadal wiernie nasladuje poczynania tatusia
  trudniac sie drobnymi naprawami. Przykrecajac to i owo. Bardzo spodobalo mu sie
  meccano i pojazdy w wersji ze srubokretem-takie, ktore mozna rozkladac na czynniki
       pierwsze i pozniej skrecac od podstaw. Piaskownica to rowneiz jego krolestwo.
  Szczegolnie w wersji z parkingiem i placem budowy a wiec ciezarowki, koparki, walce.
          Rowniez wszelka samopomoc chlopska czyli wspieranie taty - majsterklepki
                                    Co dwie zlote raczki w domu to nie jedna ;)
  Dziewczynki zdecydowanie preferuja wszelkie tworcze  inwestycje-teatrzyk lalkowy,
    wyklejanki, przebieranki, rysunek (tu Ella i Lily dochodza do perfekcji wykonujac
     ilustracje do Watershipdown i Krola Lwa), Gloria sporadycznie preferuje samotne
zabawy z wyobraznia i ciche chwile sam na sam z ksiazka. Olive-robakolog - w plenerze.      Wszyscy zgodnie cenia sobie rowniez wszelkie wspolne zabawy poczynajac od gier
    zbiorowych poprzez kolejki, rozwalanie klockow a konczac na taplaniu sie w blocie
                                     i bieganiu w deszczu gdy pogoda nie dopisuje.
  I oczywiscie rowerki, wrotki, deskorolka dzieki ktorej Olive dorobila sie ostatnio guza
  na czole zapominajac o kasku :/, pilka, szczegolnie koszykowa i inne aktywne sprzety.






                                                        CDN......
                           Czyli
                      Letnie wspominki