z nowym zadaniem bojowym na jutro bo kosiarka skasowala kamykiem boczna szybe w busie.
Nie, nie bede wstawiac ;-)
Zadzwonie po specow z ubezpieczalni.
Kurcze blade, a ostatniej nocy mi sie snilo, ze ubezpieczalnia przyjechala ogledziny robic bo Matt ze zmeczenia zasnal za kierownica i plot skasowal.
*********************************************************
No i juz wstawione. Ciag dalszy prac ogrodowych. Posadzilismy drzewko figowe moje walentynkowe, winogrona,
truskawki, sporo roslin wieloletnich: malwy,lawede, astry, lilie i pare innych roznosci. Wykielkowala Matthew`owa salata i cottage mix. Nasturcje ladnie sobie radza. Pomidory, sloneczniki, groszek pachnacy i fasolka pnaca. Troche ziol, w tym miete pieprzowa, tymianek, szalwie, oregano. Posialam bazylie i planujemy wiecej :)
I donice z kwiatami na zewnatrz. Wczoraj zakupilam tez nowy kosz wiszacy bo piekny zimowy z burza zoltych bratkow potargal przedwczorajszy wiatr :/
Zrobilo sie cieplej na chwile ale teraz znowu pogoda pod psem :/ Za to sporo deszczu wiec wszystko rosnie i sie zieleni.
~*Wieczorny spacer nad morzem*~
Zrobilo sie cieplej i dzieciarnia z miejsca sie uparla przy kopaniu dolkow na plazy. Spakowali wiaderka, grabki i w koncu sie zebralismy do wyjscia. A ze wtrakcie wyszlo, ze ni niektorzy nie maja letniego obuwia to po drodze jeszcze na zakupy wstapilismy. Pozniej, juz o zmierzchu, wyruszylismy w strone morza nie wiedzac za bardza ktora plaze wybrac (miala byc piaszczysta a tych malo). Dotarlismy do pieknej w Westgate, ale sie okazalo, ze nigdzie nie mozna parkowac. Szczesliwie pareset metrow dalej trafilismy na urocza zatoczke ze sporym parkingiem na gorze. Na miejscu sie okazalo, ze w zapadajacym zmierzchu pogoda z letniej zmienila sie w jesienna i w zwiazku z tym ubior nieodpowiedni na takie spacery a jakims cudem zapomnielismy kosza ze swetrami.
Na szczescie mielismy na pokladzie caly worek ubran , ktore zamierzalismy wrzucic do pojemnika Armii Zbawienia pod Sainsbury, ale akurat byl przepelniony. Coz bylo robic. Wyciagnelam pare przykrotkich swetrow, ubralam towarzystwo na styl a la Oxfam i uszczesliwione pobiegly grzebac w piasku az sie calkiem ciemno zrobilo.
~*Niespodziewane zakonczenie wycieczki*~
Korzystajac z dnia wolnego , zwinelismy piknik do kosza i wybralismy sie na nasz ulubiony plac zabaw na klifach w Folkestone. Jednak juz bedac prawie na miejscu, w ostatniej chwili zmienilismy zdanie i postanowilismy zabrac dzieci na stare smieci ;) czyli do wiejskiego parku w Hythe gdzie wczesniej mieszkalismy. Do Brockhil zagladalismy swego czasu czesto. Piekne miejsce na spacery, pelen wyzwan plac zabaw.... Niespodzianka okazala sie byc strzalem w 10tke choc w pierwszej chwili nic na to nie wskazywalo. Posepne miny zawiedzionych amatorow spiralnej zjezdzalni i deszcz za oknem...ktory popadal jednak tylko `chwile` wypedzajac ostatnich spacerowiczow i oprozniajac plac zabaw... Starszaki oczywiscie szybko sobie przypomnialy to miejsce, karkolomna zjezdzalnie ;), jeziorko i spacer wsrod pastwisk.... i trudno ich bylo spowrotem zapedzic do busa. Jeszcze lody w kawiarence i kierunek-dom. Z przyrzeczeniem, ze znowu tam pojedziemy ;)
~*Odwiedziny pradziadka*~
Dziadek Matthew mieszka tuz tuz, ale ze wzgledu na jego czeste podroze, co, zwazywszy na wiek (86ta wiosna stuka), jest rzecza godna podziwu, widujemy sie dosc rzadko. Wczesniej, gdy mieszkal w Ramsgate, bardziej nam bylo po drodze. Teraz juz dlugo nie udawalo nam sie spotkac i w efekcie Archie nawet nie pamietal GG (Grandad Gerry), starsze dzieci owszem, ale kojarzyly go glownie z sadzawka pelna zlotych rybek ;) (bo taka mial w ogrodku w Ramsgate). W koncu nadarzyla sie okazja i tesciowa po drodze do nas zahaczyla o Wye przywozac GG z soba.
~*Urodzinowa Ella*~
Nasza 8latka dzis swietowala kameralnie. Z urodzinowym tortem, ktory,przyznaje ze wstydem produkowalam na szybko i w stresie. Albowiem, jak to zwykle bywa, w kluczowym momencie zaginela ksiazka z wzorem na krolika.
Wzor byl prosty jak drut wiec tym bardziej ubolewalam nad zguba. Krolik mial przypominac tych z Watership Down...choc troche. Niestety ksiazka sie nie znalazla pomimo zbiorowej akcji poszukiwawczej, w sieci rowniez nie udalo mi sie znalezc tego co bym chciala( a raczej co chciala jubilatka)... jakims dziwnym zrzadzeniem losu trafialam na same swinkopodobne kurioza i wielkanocne zajaczki wiec w efekcie przyszlo mi improwizowac. Poratowalam sie tym schematem i pozostal tylko wybor materialow i kolorystyki. Wielkim bledem okazalo sie byc
niezakupienie gotowego kolorowego lukru. Na dodatek okazalo sie, ze wyszly niektore barwniki, w tym czarny majacy
sie przyczynic do produkcji krolikowych zrenic ;-P Po mozolnym mieszaniu czarnego lukru do pisania z biala masa lukrowa, wyszlo w koncu cos szaro-burego z czego dalo sie wykroic zrenice i wasiska.
Wnetrze tortu bylo gotowcem, made in Morrisons fresh creme victoria sponge x 2 (duza i mala). Calosc przypominajaca jakas Miffy raczej niz Big Wig`a. Niemniej jednak Jubilatka raczyla sie bardzo ucieszyc co bylo najlepsza nagroda i blyskawicznie wymazalo trudny tworzenia ;)
~*Urodzinowy Archie*~
Tym razem zadaniem bojowym byl tort-zegar.... Nie wiem skad ta fascynacja...ale dzieki ci synu za ten pomysl! Bo
wykonawstwo banalnie proste prawda? Nieprawda! Prawda! Pod warunkiem, ze ma sie wlasciwe podejscie. Optymalnie pesymistyczne. Moje niestety bylo skrajnie optymistyczne. I zgromadzi odpowiednie materialy.I absolutnie!!! nie polecam bitej smietany do pokrycia tarczy zegara!! Tonie w niej wszystko, wlacznie z podzialka i wskazowkami :/
Jubilat byl niezwykle wyrozumialy :) Przedmiotem najwyzszego zainteresowania i fascynacji okazaly sie swieczki ;)
ktore z przejeciem zdmuchiwal. I pieszczotliwe tarmoszenie bujnej fryzury (scietej tuz po obchodach) przez ulubionego brata. Podczas gdy ulubione siostry z zaangazowaniem pomagaly w rozpakowywaniu urodzinowych upominkow. Hitem okazal sie tatusiowy robot. Niestety, nie uwieczniony na zdjeciu bo w tym momencie wyszly baterie, ale czyz to spojrzenie nie mowi za siebie?:) W planach rowniez wizyta w pobliskim muzeum Bitwy o Anglie w Manston albowiem poprzedniej jubilat nie pamieta i w zwiazku z tym pora na powtorke. I oprowadzenie kolegi Merlina, tudziez pokazanie mu silnika `Merlin` i wizyte w kawiarence o tej samej nazwie :)
~*Krowa urodzinowa i inne pomysly*~
Po dlugich debatach n/t prezentu urodzinowego dla bliskiej, acz malo_bliskiej_nam osoby, zdecydowalismy sie na dosc niekonwencjonalny wybor. Bardzo kusila nas krowa badz koza ale stanelo na 30 drzewkach owocowych w Afryce.
Przyznam, ze targaja mna nieco obawy co do reakcji jubilatki, ale `raz kozie smierc`! Po stokroc bardziej przerazala mnie wizja zakupu jakiegos niepotrzebnego, niepozadanego gadzetu bo niewystarczajaca znajomosc zainteresowan w/w niestety dawala takie rokowania.
Przyznam tez, ze coraz bardziej fascynuja mnie tzw aktywne czy nienamacalne prezenty. szalenie niebanalne (moze z wyjatkiem oklepanego juz lotu balonem), przynajmniej w porownaniu z tymi rzeczowymi. W dobie komercjalizmu
( niechcianych prezentow, oglaszanych na sprzedaz badz ladujacych w smietniku, zbierajacych kurz na pulce durnostojek) jest to chyba idealne rozwiazanie. Przy czym podarunki charytatywne, stanowia wartosc dla tych naprawde potrzebujacych. Zdaje sobie sprawe, ze sam obdarowywany niekoniecznie musi sie cieszyc z takiego prezentu (acz podobne ryzyko niesie ze soba prezent rzeczowy), ale jesli zna sie jego poglady, lub gdy nie zna sie jego upodoban...gra warta swieczki :) Jest przynajmniej pewnosc, ze ktos tam gdzies daleko bedzie mialpowod do radosci :D
~*Goscie z daleka*~
ale bliscy sercu....poczatkiem lipca goscilismy u nas Pawla mojego brata z dziewczyna. `Na chwile` tylko bo przejazdem, w drodze do Szkocji ale dobre i tyle. odebralismy ich okolo poludnia z promu w Dover. Zjedli cos oprocz kanapek :), odpoczeli chwile (o ile u nas to mozliwe ;) ), udalo nam sie nawet troche pogadac.. Po czym wieczorem odwiezlismy ich na dworzec do C-bury skad mieli autobus do Londynu i stamtad dalej do Inverness.
Dziatwa troche niesmiala przed dluzszy okres wizyty. Dopiero juz w drodze do C. osmielili sie nieco i zaczeli `uszczesliwiac` gosci spiewami podroznymi. Natomiast Merlin, dla odmiany, przylgnal do wujka chyba z wdziecznosci za uwolnienie go przez tegoz z fotelika samochodowego gdy przyjechalismy z Dover.
Zwykle reaguje podkowka na widok nowych twarzy, a jednak w tym przypadku nie bylo nawet skrzywienia.
Nawet tubylcza babcia, widywana badz co badz czesciej, nie doznala takiej przychylnosci humoru ;)
~*Sprzyjajaca aura*~
W koncu mamy jakby lato. Przynajmniej na to wyglada. Zdecydowanie cieplej i przestalo padac!!! Co w zasadzie wcale nie jest ewenementem bo deszczowa wyspa zdecydowanie jest przereklamowana w tym aspekcie (przynajmniej w tym rejonie), ale ostatnie miesiace rzeczywiscie nadaly sens temu mianu. Padalo i wialo, wialo i padalo. Pocieszajace z jednej strony zwazywszy na niedobory wody i wiszaca nad nami grozba kolejek do hydrantow :/ Z drugiej strony... dzieci i psy taplajace sie w kaluzach.... nie mam nic przeciwko ale ilez mozna?? I zadnego otwierania drzwi na oscierz. Nie zeby temp na zewnatrz do tego zachecala- wszak ogrzewanie do niedawna wlaczone na full... ale jednak slady psich lap na calej dlugosci przedpokoju i dalej i raczkujacy Robak z nadmiernym uwielbieniem do drzwi wejsciowych...nie zebym go wiezila...ale pelzanie po kaluzach...
A tu prosze!! Slonce przygrzewa, ziemia sucha, trawa przycieta, psie kupy...usuniete....mozna wypuscic dziatwe na wolnosc, zostawic drzwi otwarte, pozwolic Robakowi wedrowac gdzie go oczeta poniosa... a nosza gdzie popadnie.
Absolutna histeria na widok drzwi wejsciowych, jeszcze wieksza histeria na widok ich zamykania od wewnatrz, paranormalne zdolnosci odczytywania intencji wspolmieszkancow (dotyczacych ww drzwi).
Pewnej slonecznej soboty na ten przyklad przyszlo mi podazac krok w krok za pomykajacym po betonie i po murawi, w sloncu i w cieniu Robakiem, ratujac go przed wpadaniem w pokrzywy (ten kierunek sobie szczegolnie umilowal), lizaniem kamykow z `fosy` wokol domu i blokowaniem drogi rowerzystom i kierowcom innych szybkich pojazdow, tudziez czuwajac by `tunel` go nie zdeptal przez przypadkiem.
Kazda proba wniesienia do domu konczyla sie krzykiem straszliwym i cisza zapadala dopiero po wyjsciu na zewnatrz. Kazde `zamknil drzwi` (skierowane konspiracyjnie do innych domownikow) wywolywalo gwaltowny protest i histerie wszechczasow. dziecko nagle zaczelo idealnie *rozumiec* slowo mowione!! ;)
I tak oto zostal zaingurowany sezon sloneczny i raczkowanie po powierzchni innej niz podlogowa ;P Odpowiednio zmodyfikowane w celu ochrony politury kolan.;p
"Malpy skacza niedoscigle..."
Sprzyjajaca (krotko, jak sie okazalo) aura zaowocowala rowniez kilkoma wycieczkami w plener. Bardziej lub mniej przypadkowymi. Mniej pogodne dni obfotowaly we wszelkiego rodzaju odkrywczo-tworcze wydarzenia i malpie ewolucje...malpy sa dwie. I, jak to malpy, malpuja sie nawzajem. Jedna chodzi tak, a druga tak samo i jeszcze inaczej......Jedna malpa jest silniejsza i moze wisiec do znudzenia bez wiekszego wysilku. Drugiej po paru chwilach oczy wychodza, ale wisi dalej.;)
~*Sprzyjajacej aury kolejny usmiech*~
Czyli truskawkowe pole i `moze nad morze`. poniewaz pogoda nadal dopisuje i zaczal sie w koncu sezon truskawkowy (HURRRRRAAAAA!), postanowilismy odwiedzic znajoma farme PYO. Wiele sie tam zmienilo od ostatniego roku ale nadal wlasnoreczne zbieranie truskawek pozostaje frajda dla mlodszych i starszych. Merlin co prawda nie docenil az tak bardzo urokow truskawkowego pola i kazal sie nosic zamiast siedziec w wozku i podziwiac ;-), ale za to docenil ogromnie truskawki jako takie. Pochlania je garsciami. Jako, ze sa czerwone i okragle (jego ulubiona kompozycja) to podwojnie. Zostal rowniez przedstawiony wlascicielkom farmy, ktore rok temu kibicowaly mu z drugiej strony brzucha i robily zaklady czy przybede za tydzien, za 2, gdy zacznie sie sezon malinowy, czeresniowy... czy moze nieprzybede albo i owszem, ale w formie rozdwojonej.
A poniewaz przybywalam nieodmiennie az do wyczerpania puli sezonowej (nie zaliczylismy tylko jablkowego ale w miedzyczasie byla duza przerwa i tak) to dopiero teraz spotkaly wyrosnietego juz oseska.
Po tej stronie kanalu troche sie ochlodzilo po ostatnich upalach.
Zaliczylismy nawet grajdolek maly ogrodowy napelniony woda donoszona w kubelku bo w tym roku zakaz korzystania z weza obowiazuje z powodu niedoborow wodnych i nie mozna napelnic baseniku malego, nie wspominajac juz o tym wielkim
Spiesze doniesc, ze czworonozne stworzenie od wczoraj wstaje bez trzymanki podnoszac sie z kuckow do pozycji dwunoznej
Pierwszy raz na widok pilki sie podniosl. Chyba chcial obronic gdy tata strzelal gola bo z wielkim steknieciem dzwignal kuperek, rece do gory i zakrzyknal: AGH!
Teraz regularnie cwiczy te ewolucje.
Poza tym zasmakowal w spacerach dwunoznych i nozyce kreca sie jak wiatraczek gdy jest prowadzony albo sunie z pchadelkiem.
Efekt tej kaskaderki to otarcie pod nosem ktore wlasnie sie goi i wyglada jak wasik Chaplin`a
Zrobil nawet 2 samodzielne kroczki, ale pozniej bardzo sie zdziwil i przerazil zarazem po czym zszedl do pozycji horyzontalnej
I uszczesliwia siostre okrzykami `EJA` (co ma podobno Ella oznaczac bo zwykle krzyczy na jej widok albo powtarzajac po kims)
Papuzie predyspozycje nadal sie utrwalaja. Nasladuje doslownie wszystko co ulyszy. Probuje w kazdym razie
Przytulanski sie jakis zrobil. Najbardziej przytula sie do psow gdy sobie leza i pachna - wtedy zasowa do nich i na zmiane glaska i policzek przyklada, poklepuje i glaska.... a one mu w tym czasie wyznaja uczucia prawym sierpowym liznieciem paszczeki
No i zeby gorne wreszcie chyba beda.
Poki co widac....dwojke lewa, bardzo wyraznie juz acz jeszcze sie nie przebila. No i jedynki troche zaznaczone, ale wyglada jakby dwojka pierwsza miala byc. Czyzby niekonwencjonalnie?? Acz moze jeszcze sie kolejnosc zmieni.
Apetyt tez lepszy. Dzis z entuzjazmem spalaszowal na obiad pol miseczki pomidorowki z ryzem i pol banana, zapijajac woda i poprawiajac mlekiem.
`W koncu` chcialo by sie powiedziec. Po wielu wahaniach i niekonczacych sie chlodach.
Nie tylko kalendarzowa ale i pogodowa!
Czas zakopac gleboko zimowe ubrania zaklinajac tym samym slonce.
Dziatwa buszuje w ogrodzie od rana. Mnie tez wyciagnelo `na rabatki`. Wszystko wylazi z ziemii na potege.
Drzewo przed domem (nie moge sie doszukac co to jest,
ale zadne owocowe-pozniej ma takie bordowe liscie) zakwitnie pewnie lada dzien.
Wierzba wypuszcza listki i forsycje, jak zwykle, pierwsze i takim optymizmem napawaja.
Hiacynty i zonkile w skrzynkach i w trawie. Wszystko juz ma paki albo kwitnie.
~* Dzien Matki naszej i waszej :)*~
Po swietowaniu domowym czyli moim ustawowym `sniadaniu w lozku` ;) i innym rozpieszczaniu :), udalismy sie w droge do tesciowej-babci, matki jakby nie bylo.Zabierajac w prezencie mojej produkcji decoupage eksperymentalne ;-) o tematyce ogrodniczej i roslinnosc do kompletu, dzieciowej produkcji laurki i malowidla, wlasnarecznie wyrwane z ogrodka (osobistego!) jedynych 6 pierwszych zonkili (dla kazdego wnuczecia po jednym) i wlasnorecznie... zakupione czekoladki dla matki. I ciacho domowe (murzynka, ale ciii, badzmy poprawni politycznie) na deser. A, i drugie ciacho. W moich notatkach figurujace pod wielce obiecujaca nazwa `czekoladowe-obledne!!` Wypieczone w silikonie w ksztalcie serca czyli wreszcie mialam szanse wyprobowac nowa forme!!. Obledne to moze zbyt wielkie slowo, ale trzeba mu to przyznac, ze, w porownaniu z ciii-murzynkiem, zdecydowanie bardziej udane jako, ze ciiii-murzynek...z przykrocia to musze stwierdzic... nieco zalatywal olejek, ktory jest w przepisie czego nie dalo sie ukryc.
W sumie to nie wiem dlaczego, bo kilka razy go pieklam i jakos ten problem sie nie pojawil...ale nie o ciescie mialo byc...mialo byc o swietowaniu.
~~**~~~**~~****~~**~~~**~~
w wykonaniu wnuczat 5, ze szczegolnym zaangazowaniem, wnuczki najstarszej i najmlodszej
i przy sporadycznym wsparciu reszty.
Droga powrotna byla przerywana postojami na wyjecie Merliniaka z fotelika i szybkie karmienie, albowiem wyspane uprzednio dziecie buntowalo sie ogromnie przeciwko takiemu uwiezieniu i bezruchowi i zawodzilo zalosnie probujac sie wysuplac z pasow :/ i rzucajac mi przy tym powloczyste, cierpnietnicze spojrzenia.
~** Ogrodowe rozne**~
Wymyslilismy rabatki wzdluz ogrodzenia wiec Matt skopal co trzeba i razem z dziatwa ochocza wysieli dwa pojemniki moich cottage mix czy innej symulowanej na dziki ogrod mieszanki. Mam nadzieje, ze wyrosnie...cos...ladnego ;-P Ogrodek kuchenny tez lada dzien powinien wykielkowac. Marzy mi sie jeszcze mala szklarnia, ktorej od czasow Orchard Cottage bardzo mi brakuje. Chocby taki inspekt do wysiania sadzonek. Moze cos wymyslimy.
Dzis rano z okna sypialni wypatrzylam jakies ptasze dziwnej masci. Udalo mi sie je uchwycic aparatem, choc niezbyt wyraznie. Po konsultacji z poradnikiem ptasim i reszta rodziny okazalo sie, ze jest to dzieciol zielony. Odwiedzajacy nasz ogrod juz od pewnego czasu i najpewniej mieszkajacy gdzies w bezposrednim sasiedztwie.
Nasze dzikie koty schroniskowe, zaadoptowane w grudniu, pozostana juz chyba dzikie,
ale widujemy je czesto w poblizu i dobrze sie maja.
~** Nowe Hobby**~
Odkladalam cale wieki w obawie, ze lakiery sa toksyczne i ciaza a pozniej karmienie.... a i chroniczny brak czasu...az w koncu sie zebralam, zamowilam brakujace materialy i przepadlam na amen ;) Szczesliwie Merlin jest juz bardziej niezalezny i latwiej mi to nowe hobby wtopic w rozklad dnia. Najpierw rozlozylam warsztat w pralni i znikalam tam co jakis czas na 5 minut nakladajac kolejna warstwe farby badz lakieru. Z czasem moj wyrozumialy maz ;) przygotowal mi pracownie ;) w garazu ustawiajac tam grzejnik na chlodniejsze dni. Eksperymentalnie wyprodukowalam pare `dziel`i wpadlam w nalog kolekcjonowania serwetek. Przekonalam sie tez, ze tubylczy rynek bardzo w nie ubogi. Przynajmniej jesli chodzi o cele hobbystyczne, bo serwetki owszem sa, ale nie np sprzedawane na sztuki czy w pakietach z roznymi motywami jak to ma miejsce w Polsce czy innych krajach zdominowanych przez decoupage ;) W UK popularny jest raczej decoupage 3D czyli nieco inna forma.
I do tego mozna z powodzeniem znalezc materialy.
Jednak z czasem udalo mi sie na e-bay`u znalezc kilka osob zorientowanych w temacie czy tez rownie uzaleznionych jak ja od pewnego czasu.
W tym jedna mila pania z Liwerpulu, ktora swego czasu wciagnela sie w to hobby mieszkajac w Monachium,
a teraz jezdzi tam na wakacje z pusta walizka i wraca z pelna serwetek ;) Na wloskim i francuskim e-bay`u tez jest spory wybor wiec mam juz zapas na 100 lat co najmniej.
~** Kuzyn Fred **~
W drugim dniu wiosny przyszedl na ten swiat nowy kuzyn dziatwy, dumnie zwany Fredem Wilhelmem :)
Powitanie kuzyna Freda odbylo sie, poki co, telefonicznie i wirtualnie.
W swieta wielknocne nastapi prawdopodobnie spotkanie na szczycie
~** Wielkanocne przygotowania**~
Bez szalenstw kulinarnych i na wielkim luzie. Serniki upieklam w czwartkowe popoludnie jako, ze Matt mial dzien wolny. Z rozpedu niejako rowniez pierwszego w swoim zyciu mazurka, ktory w wersji cytrynowej wyszedl nadspodziewanie interesujaco i w zwiazku z tym wchodzi do mojego skromnego repertuaru wypiekowego.
Nawet zakupow nie zamowilam, oprocz miesmych i warzywnych lokalnie. Z ambitnym zamiarem upieczenia szynki, boczku i schabu, ktore jednak skonczyly w zamrazarce i doczekaly sie dalszego ciagu dopiero grubo po swietach.
Jednak jak zwykle furore robil barszcz bialy z kielbasa i jajkiem, jaja,jaja,jaja... Sernik na zimno z galaretka i pieczony z polewa czekoladowa. I `kukulcze` gniazda czyli nasza klasyka.
Najciezsza robota okazalo sie robienie wydmuszki z jaja gesiego w celu przyozdobienia jej na styl swiateczny.
Jak to dobrze, ze nie zakupilam strusich jak sobie pierwotnie planowalam ;-P. Po usilnym dmuchaniu, wspolpracy zespolowej i wydlubaniu wiekszej dziury, w koncu udalo sie wywlec zawartosc jaja na zewnatrz i przysposobic do dzialalnosci artystycznej. Swieta uplynely przemilo przy pieknej pogodzie i dopisujacych humorach.
~**Urlop i jak zwykle...**~
.... spedzony po naszemu. Troche porzadkowo, troche wycieczkowo. Nadgonilismy z wieloma `pilnymi` sprawami, nagadalismy sie na zapas i nacieszylismy po prostu byciem razem, bez pospiechu i leniwie.
Bylo cudnie!!! Przy okazji skonczylam lazienke dzieci. Jeszcze nie tak na ostatni guzik bo wiele szczegolow do dodania ale glowna robota odwalona. Dzis tylko doliczyly 9 nog u osmiornicy 8-O ;)
Skonczylam szyc posciel do sypialni dzieci (tylko teraz musze zaslony zmienic bo ten kolor, ktory sobie dzieciecia w koncu po dlugich debatach uzgodnily, nijak sie ma do tego zielonego wiszacego w oknie ;-P)
Ostatecznie przetasowalam zimowo-letnia garderobe i pare innych mniejszych pilnych spraw. Psy i koty przebadane, odrobaczone i `zafrontlinowane` :).
Matt przejrzal i ponaprawial rowery jako, ze sezon rowerowyw pelni.
Reszte dnia mlodsza czesc rodziny spedzala na spalaniu energii poprzez skakanie na trampolinie i zamku dmuchanym.
W piatek mielismy cudna wycieczke. Miala byc do zoo pobliskiego, ale skonczylo sie na Wildwood,
do korego w koncu wykupilismy caloroczna wejsciowke, ze wzgledu na wilki ;) czyli ostatnia fascynacje dziecieciow naszych dzikich ;). Archie tylko szukal tam biedronek wiec jemu akurat niekoniecznie ta wejsciowka potrzebna ;)